Menu

Wiedza Tajemna

BLOG O PSYCHOTERAPII

RELACJA TERAPEUTYCZNA

huberthryc

 

Poprzedni wpis był o tym, jak ważna dla rozwoju dziecka jest więź, rozumiana nie tylko jako zapewnianie bezpieczeństwa i opieka, ale też dostrojenie emocjonalne, akceptacja emocji i adekwatne reagowanie na nie. Wspomniałem również o tym, że w dorosłym życiu nasz mózg - i zapisane w nim schematy zachowań, kontakt z emocjami i potrzebami - również w jakimś stopniu może być kształtowany w warunkach bliskiej relacji.

Od wielu lat zadawano pytanie, jak to się dzieje, że mimo iż psychoterapeuci pracują w bardzo różnych nurtach i szkołach (moje subiektywne wrażenie jest takie, że były one kiedyś dużo dalej od siebie niż teraz), osiągają oni statystycznie podobne wyniki. Zastanawiano się, jakie techniki, słowa, interwencje, zachowania terapeuty sprawiają, że terapia działa lub nie. Czy kluczowe jest interpretowanie nieświadomości, może tropienie automatycznych myśli, ćwiczenie nowych zachowań, albo emocjonalne katharsis? Z badań, które przeprowadzano, coraz wyraźniej wyłaniał się wniosek, że czynnikiem, który ma największe znaczenie dla terapii, jest - zgadliście! - relacja ze słuchającym, zaciekawionym naszymi przeżyciami, uważnym na nas i akceptującym terapeutą.

Innymi słowy - nawet najmądrzejszy psychoterapeuta, jeśli nie będzie przeżywany przez pacjenta jako empatyczna i skupiona na nim osoba, może ponieść porażkę terapeutyczną mimo swoich niesamowicie mądrych, wnikliwych i odkrywczych interpretacji.

Nie znaczy to, że terapeuta musi być "ciepłymi kluchami" i mówić tylko miłe rzeczy. Wręcz przeciwnie - chodzi też o to, żeby był autentyczny i sam miał kontakt ze swoimi emocjami w trakcie sesji. Bo właśnie ta autentyczność i uważność na to, co dzieje się w relacji jest tym, z czego pacjent najbardziej może skorzystać.

A dzieje się naprawdę dużo.

Komunikacja między ludźmi nie odbywa się tylko przy pomocy słów, zapachu, dotyku czy zachowań, ale także subtelnych gestów, które odbieramy, przetwarzamy i reagujemy na nie, mimo iż świadomie nawet nie zdajemy sobie z nich sprawy. Wspomniane w poprzednim wpisie odkrycie neuronów lustrzanych wyjaśnia, jak to jest możliwe. Ludzie w ten sposób po prostu czują wzajemnie swoje emocje. Atmosferę rozluźnienia albo napięcia ("atmosfera jest tak gęsta, że można by zawiesić siekierę w powietrzu"), złość, lęk, podniecenie, miłość ("jest między nami mięta"). Często, mimo tego, że to czują (i reagują!), nie są tego intelektualnie świadomi, dzieje się to właściwie poza ich kontrolą. Czasem zdają sobie z tego sprawę, ale o tym nie mówią, bo np. wydaje im się to dziwne. Być może ich rodzice mieli zwyczaj udawać, że czują coś innego niż czują, więc ci nauczyli się nie zwracać uwagi na swoje uczucia i wrażenia i nie ufać im.

Jeśli wydaje Wam się, że skoro Wasz psychoterapeuta wie, że właśnie pomyśleliście o czymś ważnym, trudnym, albo poczuliście jakąś emocję, to jest magikiem, który czyta w Waszych myślach - rozczaruję Was. Nie czyta w Waszych myślach, tylko w swoich emocjach.

No dobrze, czasem zauważa też sygnały, które wysyłacie, nie zdając sobie z tego sprawy. Ruszacie nogami, zaciskacie pięści, oblizujecie usta, wiercicie się w fotelu... Wszystko to są oznaki przeżywania lęku, albo różnych emocji, które pojawiają się w momentach, w których rozmowa, albo Wasze myśli schodzą na jakiś trudny temat. Są to techniki używane np. przez terapeutów z nurtu ISTDP (przedstawienie tego nurtu jest idealnym materiałem na jeden z kolejnych wpisów). Moim ulubionym sygnałem jest wzięcie przez pacjenta pojedynczego głębszego oddechu - oznacza umiarkowany, optymalny poziom lęku, który wskazuje, że temat, którym aktualnie się zajmujemy jest terapeutycznie istotny i budzi w pacjencie nie do końca uświadamiane i nie do końca akceptowane emocje.

Wróćmy jednak do czytania przez terapeutę we własnych emocjach. Emocje nigdy, ale to nigdy nie pojawiają się bez przyczyny. Jeśli więc się pojawiają, warto się nad nimi zatrzymać i poszukać tej przyczyny. Być może terapeuta zareagował na zachowanie pacjenta? Albo skojarzył to, co mówi pacjent, z własnym doświadczeniem? Albo... I tu napotykamy bardzo ciekawe i istotne terapeutycznie zjawisko - identyfikację projekcyjną.

Identyfikacja projekcyjna to termin wprowadzony przez Melanie Klein i doświadczany przez psychoterapeutów na co dzień. Oznacza automatyczne, nieintencjonalne wchodzenie w rolę, która pochodzi z wewnętrznego świata pacjenta. Są dwa rodzaje identyfikacji projekcyjnej. W pierwszym z nich doświadczamy bezpośrednio emocji pacjenta, które są przez niego wyparte do nieświadomości. Pacjent mówi, że "nie czuje nic", ewentualnie, że jest senny, brak mu energii, itp. Terapeuta tymczasem czuje np. lęk przed złością pacjenta i kiedy zdecyduje się o tym porozmawiać, może okazać się, że tak naprawdę to pacjent bał się swojej złości do terapeuty. Drugi rodzaj identyfikacji projekcyjnej można porównać do obsadzenia terapeuty w jakiejś roli - zgodnie ze scenariuszem, który został napisany przez pacjenta i jego opiekunów w dzieciństwie i od tej pory odtwarza się w wielu różnych sytuacjach i relacjach. Psychoterapeuta nieświadomie rzeczywiście wchodzi w tą rolę (tym różni się ten mechanizm od mechanizmu projekcji) i trzeba być uważnym, żeby się z niej wydostać. To bardzo potężny i podstępny mechanizm - powoduje, że jeśli np. ktoś był niesłuchany i nie zauważany w dzieciństwie, to tak bardzo będzie chciał być zauważony przez innych, że nieświadomie będzie się natarczywie tego domagał. Ta natarczywość spowoduje, że inni rzeczywiście nie będą chcieli go zauważać i nie będą go słuchać.

Odgrywanie schematów z dzieciństwa jest w ogóle bardzo częstym tematem, który pojawia się w gabinecie psychoterapeuty. Jeśli rodzice zauważali nas tylko, gdy byliśmy piękni i uroczy, będziemy zachowywać się "uwodząco", zachwycając naszego rozmówcę naszym urokiem osobistym. Jeśli liczyliśmy się dla nich tylko wtedy, kiedy nas chwalili, będziemy starali się spełniać oczekiwania terapeuty i wypaść przed nim jak najlepiej. Jeśli odrzucali naszą złość, będziemy ją nieświadomie odrzucać w gabinecie i popadać w zniechęcenie oraz nieświadomie sabotować terapię, tak jak sabotowaliśmy chodzenie do szkoły, sprzątanie i inne oczekiwania rodziców. Jeśli rodzice nie uznawali naszych emocji, sami ich nie uznajemy i nie wierzymy, że inni będą to robić, więc bronimy się nie tylko przed emocjami, ale też przed bliskością - unikając kontaktu wzrokowego, mówiąc obojętnym tonem, dystansując się.

Po co się tym wszystkim zajmować? Ponieważ to, co obserwujemy w gabinecie, jest tylko przejawem tego, jak w naszym życiu odtwarzają się nieświadome mechanizmy i scenariusze, które wpychają nas w znane, ale nie zawsze lubiane tory. Warto zająć się tym, dlaczego nasze przyjaźnie rozpadają się zawsze tak samo, dlaczego wchodzimy w związki z niedostępnymi, odrzucającymi partnerami, po raz kolejny tracimy pracę z powodu konfliktów z szefem albo ulegamy prośbom znajomych nawet wtedy, kiedy nie chcemy ich spełniać, pogrążając się w zniechęceniu, zmęczeniu i frustracji.

W bliskiej relacji z innym człowiekiem nie tylko analizujemy te tematy intelektualnie, ale przede wszystkim "nadpisujemy" połączenia neuronalne i tworzymy nową jakość kontaktu z innymi, ze sobą i swoimi emocjami. To wyjaśnia, dlaczego nie wystarczy raz o tym porozmawiać albo przeczytać w książce, a proces terapii wymaga nieco więcej czasu.

I pamiętajcie - intuicja może nas mylić. Bardzo często to robi! To, że czujemy "coś" w kontakcie z drugim człowiekiem bez udziału słów, nie oznacza jeszcze, że właściwie to interpretujemy. Dlatego warto nie tylko kierować się w relacjach z ludźmi swoimi odczuciami, ale też mówić o nich i z zaciekawieniem słuchać, co ta druga osoba ma do powiedzenia. Właśnie to tworzy prawdziwą bliskość.

Zapraszam do polubienia "Wiedzy Tajemnej" na Facebooku!

Do zobaczenia!

 

WIĘŹ

huberthryc

 

Dziś chciałbym opowiedzieć o tym, jak kształtuje nas więź z innymi. To jakość tej więzi sprawia, że różnimy się między sobą poczuciem bezpieczeństwa, zaufania do samego siebie, a być może przede wszystkim umiejętnością obserwacji i uświadamiania sobie swoich stanów emocjonalnych oraz potrzeb.

O emocjach i ich roli w naszym życiu pisałem na tym blogu już wielokrotnie (tu, tu i tu). Tym razem chciałbym jednak skupić się na tym, co kształtuje sposób, w jaki przeżywamy swoje emocje, dlaczego tak się dzieje i jak to wszystko działa. Czyli na więzi.

Badania nad więzią toczą się już od kilkudziesięciu lat - zostały zapoczątkowane przez Johna Bowlby, Mary Ainsworth i Mary Main i kontynuowane są do dzisiaj przez wielu psychologów, psychoterapeutów, pedagogów, neurobiologów i innych badaczy. Przynoszą coraz więcej doniosłych rezultatów i ważnych wniosków. Jakich? No więc, mam dla Was dwie wiadomości - dobrą i złą. Najpierw zła.

Na rodzicach spoczywa naprawdę ogromna odpowiedzialność za to, czy ich dzieci będą w przyszłości szczęśliwe, jak będą kształtować swoje życie, czy będą umiały dbać o swoje potrzeby i tworzyć udane związki i przyjaźnie. Ma to też wpływ na ich sukcesy zawodowe, zdrowie, powodzenie u płci przeciwnej oraz to, jak same będą sobie radzić z wychowywaniem własnych dzieci. Na to, czy będą wpadać w uzależnienia, depresję, czy będą radzić sobie z wyzwaniami życiowymi. Sporo tego, prawda? Troszkę to przytłaczające.

Ale jest też dobra wiadomość.

Wszystko, czego potrzebuje od Ciebie twoje dziecko to uważności na jego emocje i potrzeby i reagowania na nie w sposób, który pozwoli mu doświadczyć, że rozumiesz, co się z nim dzieje i nie odrzucasz tego. Tylko tyle i aż tyle. Lekcje tenisa, nauka dobrych manier i kupowanie mu kolejnego zestawu Lego to tylko dodatek.

Jak to działa?

Gdy niemowlę się rodzi, jego mózg nie jest jeszcze w pełni rozwinięty. Niektórzy mówią nawet, że jest jednym z najmniej skomplikowanych organów. Ma za to wrodzoną zdolność do uczenia się świata i siebie od innych, zwłaszcza od matki. W pierwszych miesiącach i latach życia tworzy się mnóstwo połączeń synaptycznych w mózgu. Powstają one na zasadzie skojarzeń - dwa neurony wzbudzane jednocześnie tworzą połączenie. Małe dziecko odczuwa głównie gwałtowne emocje (strach, złość, radość itp.) i dramatyczne potrzeby (jedzenia, ciepła, bezpieczeństwa itp.), choć trafniej byłoby powiedzieć, że odczuwa różne doznania z ciała - mięśni, układu trawiennego, receptorów czuciowych i wrażeń powodowanych przez układ limbiczny oraz pień mózgu. Nazwanie tego emocjami i potrzebami to właśnie efekt dalszego rozwoju mózgu w warunkach bezpiecznej relacji przywiązania z opiekunem.

Badacze już dawno zauważyli, że niemowlę funkcjonuje tak, jakby nie zdawało sobie sprawy z odrębności między nim a światem. Oznacza to, że wszystko to, co się z nim dzieje odbiera bardzo dosłownie jako prawdę o świecie (np. "jestem głodny, więc świat jest miejscem niedosytu i niezaspokojenia podstawowych potrzeb"), a wszystko to, co je spotyka z zewnątrz traktuje jako prawdę o sobie ("widzę, że mama jest zła, kiedy płaczę, więc mój płacz jest zły"). Ma to ogromny wymiar praktyczny. Mózg dziecka tylko częściowo rozwija się w łonie matki, a reszta jego rozwoju odbywa się już w bezpośredniej relacji z nią, tak aby mógł jak najlepiej przystosować się do środowiska, w jakim przyjdzie mu żyć.

Chodzi przede wszystkim o środowisko relacji z innymi ludźmi. Jeśli to środowisko jest bezpieczne i wspierające, człowiek dostaje mocny przekaz na całe życie, że on sam może kształtować świat, świat może być super, a relacje z innymi ludźmi mogą być autentyczne, bliskie i przyjemne. I naprawdę trudno potem wyprowadzić go z tego przekonania. To daje mu siłę do szczęśliwego życia, tworzenia bliskich i satysfakcjonujących więzi z innymi i kształtowania swojego otoczenia.

Co oznacza "bezpieczna i wspierająca" relacja? No właśnie - to jest najważniejsze pytanie. Nie chodzi w tym przypadku tylko o ochronę dziecka przed niebezpieczeństwami i kibicowanie mu przed ważnymi egzaminami. Chodzi... jak zwykle o emocje.

Rozwijający się mózg dziecka potrzebuje odpowiedzi na pytanie, co się z nim dzieje, co to oznacza i co ma z tym robić. Okazuje się, że nie jest to coś, co dziecko samo może wywnioskować, nazwać, opisać i uświadomić sobie tego znaczenie. Jest w tym totalnie zdane na innych. To, co rodzic może dać dziecku w takim momencie, to umiejętność rozpoznawania swoich stanów emocjonalnych i potrzeb, akceptowania ich. Bardzo ważnym "darem", które może ono otrzymać, jest też rozumienie, skąd się biorą emocje i jak działają. Na przykład to, że nie da się kontrolować tego, że występują, więc są czymś naturalnym; że pojawiają się one zawsze w odpowiedzi na coś; że wyrażają jakąś prawdę o naszym aktualnym stanie, ale nie o naszej stałej cesze; że ta sama rzecz może w różnych osobach wzbudzać różne emocje. To od rodziców dzieci mogą doświadczyć zaciekawienia swoimi potrzebami, uznania ich i nauczenia się, że można i warto szukać ich zaspokojenia. Tacy rodzice na złość dziecka nie reagują złością ani zaprzeczeniem, a komunikatem w rodzaju "ojej, ale jesteś zezłoszczony! Co się stało? Czy to dlatego, że nie smakuje ci ta zupka?" Przy czym cała ta wymiana odbywa się głównie na poziomie niewerbalnym - gestów, ruchów, min, odgłosów. Dziecko czuje, kiedy są one dostrojone do niego, a kiedy nie (prawdopodobnie ważną rolę pełnią tu odkryte w latach 90. neurony lustrzane, które pozwalają nam odczuwać emocje innych tak, jakby to były nasze własne)

Jeśli wydaje Wam się oczywiste to, co właśnie przeczytaliście, to jesteście moim zdaniem w zdecydowanej mniejszości, albo się po prostu oszukujecie. Dobrze, że zmienia się to na lepsze, ale nadal w naszej kulturze najczęstszym komunikatem, jaki dziecko słyszy jest "nie smuć się" albo "nie złość się", "nie ma powodu, żeby się złościć", reakcją na płacz dziecka (wyrażający jakąś jego potrzebę) jest często płacz albo krzyk rodzica, a "grzeczne" dziecko to takie, które nie wyraża potrzeb, tłumi lub wypiera nieprzyjemne emocje i ma dużo większą świadomość tego, co wypada albo nie wypada, czyli jakie są potrzeby rodzica, a nie jego własne.

Bowlby, Ainsworth, Main i inni stworzyli szereg narzędzi i procedur badawczych, które pokazały, jak bardzo takie wzorce są trwałe i przenoszą się z pokolenia na pokolenie i jak destrukcyjny mają wpływ na nasze przyszłe życie. Osoby, których rodzice nie dawali im poczucia bezpieczeństwa, dostrojenia i uznania ich emocji, uczą się tak traktować samych siebie, tworząc mechanizmy obronne przed własnymi uczuciami, zobaczeniem rzeczywistości takiej, jaka ona naprawdę jest, czy wchodzeniem w bliskie relacje. Nie radząc sobie z własnymi emocjami, nie radzą sobie również z emocjami swoich dzieci.

Dlaczego świadomość swoich emocji i potrzeb jest taka ważna? Trafnie wyjaśnia to Peter Fonagy, wyróżniając trzy "tryby doświadczania siebie i świata". Wynikają one bezpośrednio z tego, jak kształtowała się więź we wczesnym dzieciństwie.

W trybie "równoważności" psychicznej funkcjonujemy tak, jakby to, co czujemy wewnątrz było równoznaczne z tym, co myślą o nas i czują do nas inni i co nam się przytrafia. Nie odróżniamy przekonań od rzeczywistości. Nie mamy własnej, wewnętrznej tożsamości, do której moglibyśmy się odwołać. Można powiedzieć, że rzeczywistość nas zalewa, a my w zamian zalewamy ją. Można tu sobie wyobrazić osoby, którymi targają gwałtowne reakcje, zmienne stany, które nie wiedzą do końca, kim są, ani czego chcą od siebie i innych.

W trybie "na niby" odcinamy się od rzeczywistości zupełnie, bo czujemy, że zagraża ona naszej tożsamości. Ignorujemy wszystko, co nie zgadza się z naszymi przekonaniami, a to, co sobie wyobrażamy, w naszym odczuciu istnieje realnie. Przykładem takich osób będą sztywni fanatycy, nie uznający różnorodności innych ludzi, ich doświadczeń i przekonań - gotowi walczyć z nimi, byle zachować niezmieniony obraz rzeczywistości w swojej głowie.

Tryb "refleksyjny" oznacza, że widzimy różnicę między światem zewnętrznym a naszym wewnętrznym doświadczeniem i jesteśmy w stanie zobaczyć, jak na to, co się w nas dzieje, oddziałuje środowisko zewnętrzne. Siłę daje nam wewnętrzna wolność, dzięki której możemy być uważni na swoje własne stany, mieć również do nich dystans i dzięki temu otwierać się możliwie w pełni na otaczającą nas rzeczywistość - także na innych ludzi.

Na szczęście, proces "uczenia się" swoich emocji nie jest nigdy do końca zamknięty - i to jest kolejna dobra wiadomość dla nas wszystkich!

"Kto z kim przestaje, takim się staje". Jak wiemy z tego zamierzchłego wpisu, świadomość swoich uczuć i procesów psychicznych jest głównym celem psychoterapii. Nie jest to jednak świadomość polegająca na intelektualnym rozumieniu, nie da się jej nabyć czytając książki czy słuchając wykładów. To dlatego, że "wiedza" o emocjach i potrzebach nie znajduje się w tym samym obszarze mózgu, co znajomość tabliczki mnożenia, umiejętność czytania czy nawet jazdy na rowerze. Świadomość swoich emocji i potrzeb można nabyć tylko w warunkach bliskiej, bezpiecznej, akceptującej relacji. Nie będzie to relacja taka sama, jak z rodzicami - po pierwsze dlatego, że mózg nie rozwija się już w tak dynamicznym tempie jak wtedy, kiedy byliśmy dziećmi; a po drugie, jesteśmy jako dorośli dużo bardziej odrębni i samodzielni i od nikogo nie zależymy w taki totalny sposób. Jednak partner, przyjaciel, nauczyciel czy psychoterapeuta może nam pomóc wyrwać się z tego przeklętego kręgu - dać nam akceptację, rozumienie, dostrojenie, ciekawość - a dzięki temu świadomość nas samych i siłę do szczęśliwego życia.

 

Zapraszam do polubienia "Wiedzy Tajemnej" na Facebooku!

 

Do zobaczenia!

 

 

 

WOJNY SZYMPANSÓW

huberthryc

 

Przez ostatnie kilkadziesiąt lat rozwijaliśmy swoją wiedzę o mechanizmach, które rządzą zachowaniami ludzi i podejmowaniem przez nich decyzji. Z postępu w naukach społecznych korzystają też politycy. Już dawno przestali nas przekonywać do swoich racji, bo wiedzą, że o wiele bardziej skutecznym narzędziem wpływu i budowania poparcia jest wzbudzanie emocji. To emocje są tym, co sprawia, że kierujemy się w tę czy tamtą stronę - na tym blogu pisałem już o tym niejednokrotnie.

Trudno jest przeskoczyć ludzką naturę. Wiece, marsze, chwytliwe okrzyki i hasła, stosowanie barwnych skrótów myślowych, happeningi - to wszystko zajmuje nas dużo bardziej niż naukowe analizy i poważne opracowania. Politycy - tak jak specjaliści od reklamy oraz przywódcy sekt - wiedzą, jakie są nasze głębokie potrzeby - bezpieczeństwa, przynależności, akceptacji, miłości. Poruszają też umiejętnie nasze pierwotne instynkty.

Żeby wiedzieć, co to za instynkty, wystarczy przyjrzeć się naszym najbliższym krewnym - szympansom. Dzielą one z nami około 95% kodu genetycznego. To zadziwiające, ile energii szympansy poświęcają na gry polityczne - budowanie koalicji i grup wpływów. Jeśli są u władzy, zajmują się umacnianiem swojej pozycji, jeśli nie są, szukają sojuszników, którzy pomogą im ją przejąć. Toczą także ze sobą wojny. Dwie grupy, składające się często ze spokrewnionych ze sobą osobników, jeszcze niedawno należących do jednego stada, nie przebierają w środkach próbując zagarnąć terytorium i władzę dla siebie. Zaślepione nienawiścią do wroga szympansy są bardzo agresywne i potrafią zabijać się nawzajem. Pisał o tym Frans de Waal w 1982 roku w książce "Chimpanzee Politics: Power and Sex among Apes", w której przedstawił fascynującą historię szympansich rozgrywek politycznych.

Oczywiście takie pierwotne, plemienne zachowania widzimy też u ludzi. Jedna z najbardziej znanych walk o terytorium i władzę rozegrała się ponad 70 lat temu u nas. Uczestniczyli w niej nasi rodzice, dziadkowie lub pradziadkowie. Ilość okrucieństwa i bólu, jaki ludzie sobie wtedy zgotowali, jest dla nas trudna do wyobrażenia. Z trudem jesteśmy w stanie przebrnąć przez lekturę "Medalionów" lub wytrzymać na seansie "Syna Szawła", a ci, którzy mają wspomnienia z tamtych czasów nierzadko schowali je jak najgłębiej się da, żeby móc normalnie dalej żyć.

Przygnębiająca prawda jest taka, że tamte wydarzenia nie były wyjątkowym, jednorazowym zwyrodnieniem człowieczeństwa. Wręcz przeciwnie. Tak jak szympansy, ludzie po prostu w określonych warunkach tak się zachowują. Wojna w Jugosławii, ludobójstwo w Rwandzie, rzeź Indian dokonywana przez konkwistadorów czy podbój średniowiecznych Prusów przez Krzyżaków - to wszystko przykłady powracającej, ciemnej strony człowieczeństwa, o której chcielibyśmy zapomnieć.

Ludzie oprócz tego, że podlegają prawom psychologii, podlegają też prawom psychologii tłumu. Mamy zakodowane pierwotne zachowania stadne. Łączymy się w rywalizujące ze sobą stada i plemiona. Sprawia to, że mamy tendencję do dzielenia ludzi na "swoich" i "obcych", tym drugim odmawiając człowieczeństwa. Do wszystkich powyższych przykładów dodałbym ostatnio głośny temat niechęci wobec uchodźców. Wiele osób wpada w pułapkę "plemiennego myślenia", postrzegając ich jako jednolitą, wrogo nastawioną grupę, nie widząc w jej członkach ludzkich cech, które widzimy u osób z "naszej" grupy. Prowadzi to do uogólnionej, bezsensownej i przerażającej agresji wobec osób o innym kolorze skóry, kulturze i języku, która nie ma nic wspólnego z racjonalnymi próbami rozwiązania społeczno-politycznego problemu, jakim niewątpliwie jest niekontrolowana i gwałtowna fala migracji. Bardzo łatwo wpaść w ten schemat i święcie uwierzyć w to, że inny - Indianin, poganin, Tutsi, Żyd czy muzułmanin - bez względu na jego cechy osobnicze jest po prostu zły i należy go zniszczyć, żeby zapewnić sobie ochronę i bezpieczeństwo, a walka z nim jest moralnie słuszna. To nasz pierwotny, plemienny mechanizm i musimy nieraz wkładać niemały świadomy wysiłek, żeby nie ulegać stereotypom.

Podobnie ma się rzecz z podziałami politycznymi - pewnie nie raz zwróciliście uwagę na to, jak zacięta i pełna agresji potrafi być dyskusja między dwojgiem dorosłych, lubiących się i zgadzających w wielu sprawach ludzi, jeśli tylko zaczyna dotyczyć jakiegoś aktualnie drażliwego tematu politycznego, a tych dwoje identyfikuje się z innymi "plemionami". Politycy wykorzystują ten mechanizm, wzmacniając te podziały i tworząc presję na to, żebyśmy musieli opowiedzieć się jednoznacznie po którejś ze stron. Tymczasem rzadko jest tak, żebyśmy zgadzali się z jakimś politykiem czy partią we wszystkim. W tym miejscu chciałbym skierować do Was apel. Nie dajmy się dzielić i wkręcać w czarno-biały świat, którym karmią nas politycy, żeby wykorzystywać nas w walce o władzę. Nie musimy być szympansami.

Często macie wrażenie, że politycy są złymi, zdeprawowanymi, oderwanymi od rzeczywistości ludźmi, którzy dbają przede wszystkim o własny interes i utrzymanie władzy? Mam dla Was dobrą wiadomość - zostało to udowodnione naukowo! W klasycznym eksperymencie Philipa Zimbardo z 1971 roku podzielono badanych na więźniów i strażników. Ci drudzy mieli władzę i korzystali z niej w tak bezwzględny i okrutny sposób, że zaplanowany na dwa tygodnie eksperyment trzeba było przerwać po sześciu dniach. Podobne badania powtarzano do tej pory wielokrotnie. Wiemy z nich, że władza deprawuje - sprawia, że zachowujemy się niemoralnie i zaczynamy dbać o swój interes lekceważąc potrzeby innych.

Innymi słowy - kasta rządząca jest z gruntu niemoralna. Można się na to oburzać, ale można też po prostu uznać ten fakt i próbować brać go pod uwagę, konstruując rozwiązania ustrojowe, które będą temperować zbytnią bezkarność i pazerność władzy. Rządzący mają, zawsze mieli i zawsze będą mieli tendencje do korupcji, protekcji ludzi ze swoich "plemion", defraudacji majątków, dbania przede wszystkim o własne interesy, oszukiwania i naginania zasad oraz manipulowania. No, może nie zawsze, z pewnością są wyjątki, naprawdę w to wierzę (ale piszę to głównie po to, żeby politykom, którzy przypadkiem natrafią na ten wpis, nie było przykro i mogli spokojnie pomyśleć, że to nie o nich mowa, kiedy będą właśnie zamawiać kolejne ekstremalnie drogie wino za państwowe pieniądze albo pruć po drodze wojewódzkiej 180 km/h zasłaniając się immunitetem). Nigdy nie obudzimy się w utopijnym świecie, którym będzie rządził dobry i szlachetny król, wolny od tych wszystkich pokus, który skończy z bezprawiem i będzie dbał swą silną, troskliwą ręką o wszystkich obywateli. Tacy królowie nie istnieją, a jeśli się zdarzają, jest to niereprezentatywny, przypadkowy wyjątek potwierdzający regułę.

Na szczęście badania de Waala mają też optymistyczne przesłanie. Szympansy poświęcają wojnom tylko około 10% życia społecznego, resztę wykorzystując na współpracę i negocjacje. U ludzi jest podobnie i dlatego wymyśliliśmy demokrację ze wszystkimi jej instytucjami. Doszliśmy do wniosku, że co prawda ktoś musi przewodzić naszym stadem, ale musimy trzymać go krótko, kiedy będzie już zasiadał na tronie. Jeśli sobie odpuścimy tę kontrolę, niechybnie wykorzysta on to do zagarnięcia jak największej władzy i majątku dla siebie, swojej rodziny i najbliższego otoczenia.

Jeśli wkurza Cię, że władza jest słaba, podejmowanie przez nią decyzji jest powolne i nieefektywne, jej sprawne działanie ogranicza wszechobecna biurokracja, prawo, umowy międzynarodowe, różne instytucje kontroli i nadzoru, w których zasiadają ich przeciwnicy polityczni - pomyśl o tym, co się dzieje zawsze wtedy, kiedy nie ma tych ograniczeń. W tej całej skomplikowanej demokratycznej i biurokratycznej strukturze państwa chodzi o to, żeby żaden element tego państwa nie czuł się bezkarnie, poza kontrolą i zawsze było coś, co może zablokować jego decyzję. Dlatego właśnie warto bronić niezależności instytucji demokratycznego państwa niezależnie od tego, kto akurat siedzi na tronie. Dlatego też tak ważne jest społeczeństwo obywatelskie, które patrzy politykom na ręce.

Pozdrawiam serdecznie i czekam na komentarze!

Zapraszam do polubienia "Wiedzy Tajemnej" na Facebooku

 

PS. Jeśli ktoś się wkręcił w temat szympansów, to polecam wykład Fransa de Waal o moralności u zwierząt z materiałami wideo z badań m.in. nad uroczymi małpkami kapucynkami (swoją drogą to smutne, że siedzą one w klatkach i są poddawane eksperymentom, ale po pierwsze pan wydaje się miły i na pewno ich nie krzywdzi, a po drugie, ze wszystkich losów laboratoryjnych zwierząt najlepiej jest chyba trafić do behawiorysty - przynajmniej nie będzie cię kroił ani nic wstrzykiwał)

PS 2. Po kolejnym przeczytaniu tego tekstu stwierdzam, że w niektórych miejscach pojechałem trochę za ostro. Nie chcę napuszczać ludzi na polityków i wykopywać kolejnych rowów. Jest to idealny przykład na to, jak łatwo ulegać stereotypom i odczłowieczaniu jakiejś grupy ludzi, wpadając w schemat widzenia w nich "obcych" z innego plemienia. Moja teza jest po prostu taka, że władza zmienia ludzi i warto mieć tego świadomość. Wśród klasy politycznej jest z pewnością wielu szlachetnych ludzi ciężko pracujących dla wspólnego dobra, którzy nie łapią się na tą statystyczną prawidłowość.

 

SEKS / BLISKOŚĆ

huberthryc

Tydzień temu były walentynki, dlatego dziś będzie o seksie, o bliskości między ludźmi i dlaczego te dwie rzeczy tak bardzo się łączą.

Z punktu widzenia ewolucji seksualność może być uważana za sens istnienia. Dzięki niej możemy przekazywać geny, rozmnażać się i dbać o przetrwanie gatunku. Kolejnym instynktem mającym podobny cel jest dążenie do bliskości - to wspólne dbanie o potomstwo zapewniało mu najlepsze warunki do rozwoju, przetrwania i dalszego rozmnażania się. Tworzenie pary dawało ludziom większą szansę na przetrwanie i wspieranie się w znoju codziennej walki o byt w surowym, groźnym i nieprzyjaznym świecie. Oczywiście nie tylko pary - ludzie od zawsze żyją "stadnie" i jednym z podstawowych instynktów jest tworzenie więzi z innymi.

"Bliskość" jest jednym z tych psychologicznych słów-wytrychów, których wszyscy używają i wydaje im się, że instynktownie wiedzą o co chodzi, ale trudno je definiować. Bliskość między ludźmi jest przede wszystkim wyczuwalna, dzieje się gdzieś na poziomie neurochemii, hormonów i cielesnych odczuć. Nie chodzi mi jednak o zakochanie, które dzieje się dużo mocniej i mniej subtelnie. Nie jest to też przywiązanie, w którym chodzi przede wszystkim o poczucie bezpieczeństwa, stałości i zaufania i lęk przed ich utratą. Te stany są z bliskością bardzo związane, ale jednak to co innego.

Gdyby opisywać bliskość za pomocą metafor ruchowych, można użyć słów "otwarcie" i "rozluźnienie". Oznacza to, że bliskość nie jest możliwa, kiedy jest lęk. Nie ma bliskości wtedy, gdy zamykamy się na samych siebie, a przez to innych ludzi; kiedy budujemy wokół siebie zbroję, która chroni nas przed emocjami. Emocje są potrzebne do bliskości. Wszystkie. Nie ma bliskości bez złości, smutku, czy żalu, tak samo jak nie ma jej bez przywiązania, radości, przyjemności. Bliskość to ciekawość. To otwartość na drugą osobę, na jej przeżycia, potrzeby, uczucia i myśli. Nie będziemy z kimś blisko bez bycia blisko samemu ze sobą i ciekawości siebie samego.

Kiedy ludzie nie są blisko, są samotni. Można być samotnym w tłumie i czuć, że inni ludzie są jakby za szybą. Niby zbliżamy się do nich, rozmawiamy, robimy coś razem, ale nie jesteśmy blisko. Niektórzy nigdy nie są blisko. Lęk sprawia, że budują wokół siebie mur, nawet o tym nie wiedząc. Można przeżyć życie bez doświadczenia bliskości. Można mieć rodzinę, dzieci, pracę, podróżować, tworzyć, nie będąc nigdy z nikim blisko. Jest to o tyle poruszające, że bliskośc to jedna z najgłębszych potrzeb człowieka. Bez bliskości czujemy brak i pustkę, a życie jest jakby wyblakłe. 

No i wreszcie - nie ma bliskości bez seksualności.

Bliskość buduje się wokół "mięty" między kobietą a mężczyzną. Także wokół relacji między rodzicami a dzieckiem, które jest owocem seksu, albo np. wokół męskiej, twórczej rywalizacji o kobiety. Bliskość jest cielesna. Jest w spojrzeniu, kontakcie fizycznym, uściskach dłoni, zapachu i cieple w brzuchu. W relacji seksualnej z bliskości tworzy się przyjemność, a z przyjemności bierze się bliskość.

Seksualność jest tak potężną siłą, że nasi starożytni przodkowie bali się jej. Być może dlatego przez wieki próbowali ją kontrolować poprzez obudowanie ograniczeniami, zakazami, strachem, poczuciem winy, wstydu. Gra toczyła się o to, żeby nie można było bez skrępowania przeżywać swojej seksualności, żeby jak najrzadziej wymykała się ona spod kontroli. Udawało się tylko częściowo.

Tak, jak wspominałem w poprzednim wpisie, seksualność jest jednym z głównych motorów działania. Impulsem, który pcha do przodu. Prawie każdą aktywność człowieka napędza właśnie jego seksualność. To z niej bierze się chęć rozwoju, władzy, sławy, posiadania, tworzenia, opieki. Gdy popatrzymy na zwierzęta, łatwiej nam zobaczyć, ile samce gotowe są zrobić, żeby zdobyć samice - i na odwrót. I że wszystko kręci się wokół "tego". My robimy to samo. To stąd potrzeba zdobywania osiągnięć naukowych, tworzenia wielkich dzieł sztuki. Mówiąc wprost - cały rozwój cywilizacji.

Często ludzie nie łączą swojej aktywności i potrzeby działania z seksualnością. Często budzi ona wstyd, albo w ogole jest wyparta czy zablokowana. To właśnie echa prób "skontrolowania" jej przez naszych przodków i bezpośrednio przez naszych opiekunów - przez wyznaczanie zbyt sztywnych zasad moralnych, zawstydzanie, budowanie skojarzeń, że seksualność jest zła albo niebezpieczna. Freud używał terminu "sublimacja" - oznacza to skierowanie energii wynikającej z impulsów seksualnych na taką aktywność, która jest akceptowana społecznie i zgodna z naszymi własnymi normami moralnymi. Jest to bardzo dobry, twórczy i służący rozwojowi mechanizm obronny. Warto stosować go jak najczęściej. Dużo lepiej jest założyć zespół rockowy i nagrać kilka fajnych piosenek, albo zbudować piękny dom, albo zaprogramować przydatną, funkcjonalną aplikację, albo choćby ugotować pyszne jedzenie, posprzątać mieszkanie czy pójść na imprezę - niż popadać w depresję, marazm, albo nerwicę. Warto być świadomym tego, jak bardzo napędza nas popęd seksualny, bo można wtedy lepiej i skuteczniej korzystać z tej energii. Warto być świadomym, co nas motywuje jako ludzi do działania i nie marnować energii na przekonywanie siebie, że jest inaczej. Świadome stosowanie sublimacji może być przyjemne i dawać dużo satysfakcji!

Mamy dzisiaj w kulturze dualizm, rozszczepienie, oddzielenie seksualności od bliskości. Tak jakby w seksie chodziło tylko o przyjemność, wyżycie się, a w bliskości o opiekę, lojalność, itp. To sztuczny podział. Tak naprawdę seksualność jest bardzo złączona z dążeniem do bliskosci. Jeśli ktoś jest dla nas atrakcyjny seksualnie, czujemy to "coś" w żołądku itp., to chcemy lepiej go poznać, być z nim blisko, rozmawiać z nim, jesteśmy zainteresowani CAŁYM NIM. Rozszczepienie jest tu mechanizmem obronnym chroniącym przed bliskością albo przed seksualnością. Z jednej strony mamy dziś "krzyczącą" seksualność obecną wszędzie - w mediach, kulturze, sposobie życia, relacjach między ludźmi. Jest pozwalanie sobie na przyjemność, ekscytację, skupianie się na nich. I bardzo dobrze - wydaje się, że całe pokolenia przed nami zaniedbały tę sferę życia i ją stłumiły, a my dziś mamy możliwość otwarcia się na nią i czerpania z niej pełnymi garściami. Często jednak skupieniu na seksualności towarzyszy odcięcie się od bliskości, traktowanie innych przedmiotowo, nie wchodzenie w prawdziwe, głębokie, bliskie relacje. Z drugiej strony "umoralnianie" tematu też nie służy niczemu dobremu. Zamykanie seksualności w zbyt ciasnych ramach, budowanie wokół niej zakazów i nakazów, określanie, że taka seksualność jest zła, a taka dobra, zabiera jej energię, dynamizm, piękno i sprawia, że staje się skarłowaciała, "na niby". Takie stawianie sprawy wzmacnia też podział na "czystą" miłość i "nieczystą" seksualność. Sprawia, że ludzie odrzucają jeden z tych pozornych biegunów i zostają z czymś niepełnym. Często nie są w stanie w jednej relacji połączyć seksu i bliskości i wtedy obie te sfery przynoszą im frustrację.

Być może tak wyraźne powiązanie bliskości i seksu Was dziwi. Słowo "bliskość" kojarzy Wam się z pluszowym ciepełkiem, czymś bezpiecznym, przytulnym i przez to może trochę mdłym, nudnym? Trudno w takiej wizji znaleźć miejsce na to, co kojarzy się z seksualnością - przygodę, ekscytację, trochę szaleństwa, spontaniczności i to przyjemne odurzanie się nieprzewidywalnością, czymś dzikim i nieokiełznanym? A może bliskość jest też właśnie taka - pikantna? Może jest w niej ten cały dynamizm, którego nie można ujarzmić. Może bliskość nie musi być skrojona na miarę i zamknięta w bezpiecznych ramach, a ciekawość drugiego człowieka i otwartość na niego zawsze będzie przygodą, przekraczaniem granic i trudnym do opisania magnetyzmem. Prawdziwa bliskość kojarzy się z rozkoszą kontaktu z drugim człowiekiem. Mmmm.

Rozmarzyliśmy się. Gdy zejdziemy na ziemię, nie będzie już tak różowo. Niestety świat pełny jest właśnie tego brutalnego rozdzielania seksu od bliskości. Wokół seksu kręci się mnóstwo ludzkich tragedii - przemoc, gwałty, handel ludźmi. A wiele osób poprzez zablokowanie swojej seksualności żyje w związkach, w których nie potrafi być naprawdę blisko. Poza tym - seksualność naprawdę jest potężną siłą i nie bez powodu nasza kultura stawia jej tyle ograniczeń. W jednym miejscu twórcza i piękna, gdzie indziej potrafi być niszczycielska. Nie zawsze chcemy, żeby wywracała nasze życie do góry nogami, powodowała wojny i konflikty. Czasem naprawdę lepiej założyć zespół rockowy i nagrać kilka fajnych piosenek. Albo zbudować piękny dom.

 

Do zobaczenia!

 

AKCJA

huberthryc

 

Wróćmy jeszcze do emocji.

 

Co wynika z tego, że stajemy się ich bardziej świadomi i uczymy się je bardziej akceptować? Tak, jak pisałem, emocje motywują do działania, do zmiany.

 

Jest jednak pułapka, w którą wpada wiele osób. Działanie pod wpływem emocji kojarzy nam się często z czymś nieodpowiedzialnym, niszczącym, krzykiem, atakiem fizycznym. W pewnym sensie jest to prawda - emocje wywołują w nas różne spontaniczne, gwałtowne impulsy.

 

Taka wizja rzadko wydaje nam się zachęcająca. Wyobrażamy sobie, że efektem zaakceptowania w sobie naszej złości będzie to, że staniemy się drażliwi, nerwowi, nieobliczalni, agresywni. Będziemy krzyczeć na innych, wybuchać. Robić awantury. Do czego nam miałoby być to potrzebne? Przecież chcemy, by inni nas lubili i szanowali, a takie zachowania niszczą relacje. Sprawiają, że inni nas się boją albo darzą nas niechęcią. Przebywanie z nami nie jest miłe. Dlatego właśnie tłumiliśmy emocje! Chcemy żyć w społeczeństwie wolnym od agresji, atakowania siebie i wybuchów złości. Chcemy, by nasze relacje takie były.

 

Pora na wprowadzenie terminu "acting-out". W psychologii oznacza on takie zachowanie, które rozładowuje napięcie wynikające z jakiegoś uczucia i przynosi ulgę, ale nie jest skierowane na potrzebę i bodziec, które to uczucie wywołują. Służy wyładowaniu, ale nie rzeczywistemu kontaktowaniu się z uczuciem.

 

Przykład. Żona czuje złość do męża z powodu tego, że ten całymi dniami gra na komputerze, a ona potrzebuje, żeby spędzał z nią czas, żeby rozmawiali, robili coś razem, byli blisko, kochali się. Co robi z tą złością? Co wieczór robi mu awantury, wygłaszając mu wykłady na temat tego, jak powinno wyglądać małżeństwo i krzycząc, że zawiodła się na nim, zrujnował jej życie i ma go dosyć. Efekt? Mąż odsuwa się od niej jeszcze bardziej, bo czuje się zraniony, poza tym nie zgadza się z jej wizją małżeństwa, a przede wszystkim jest mu w tej relacji nieprzyjemnie. Ma o niej coraz gorsze zdanie. Mieszkają razem, choć są coraz bardziej osobno. Żona czuje ulgę po każdej takiej awanturze, ma poczucie, że nie tłumi swojej złości, że mówi wprost, o co jej chodzi. Jednak jej potrzeba pozostaje niezaspokojona. Nie jest bliżej z mężczyzną. Jest samotna w związku.

 

Sednem zdrowej regulacji uczuć jest to, że działanie zamiast służyć chwilowemu wyładowaniu (awantura), jest skierowane bezpośrednio na bodziec, który to uczucie wywołał i ma prowadzić do pożądanej zmiany, która spełni naszą potrzebę.

 

W naszym przykładzie działania żony nie posuwają akcji w żądną stronę. Para stoi w miejscu, frustruje się. Złość ma dawać siłę. Tutaj widzimy niby-złość, która tak naprawdę jest słabością, bezradnością. Gdyby żona miała rzeczywiście skontaktować się ze swoją złością, podjęłaby działanie, które będzie zmierzało do tego, żeby spełnić swoją potrzebę - być blisko. Być może użyłaby innych słów, być może nie wypominałaby mężowi tego, że zrujnował jej życie, być może rozmawiałaby z nim w innych momentach. Może też postawiłaby sprawę ostrzej, w grę wchodziłoby rozstanie, jeśli ze strony męża nie byłoby odpowiedzi. Byłaby też gotowa usłyszeć to, co mąż ma jej do powiedzenia o swoich emocjach. Każdy przypadek jest inny i nie ma jednoznacznych recept. Chodzi o to, że uczucia nie mają wybuchać, niszcząc wszystko wokół i nas samych, pozostawiając nas dalej w tym samym miejscu. Mają być precyzyjnie wymierzone i motywować nas - i to, co wokół nas! - do ruchu.

 

Żeby oddać sprawiedliwość żonie z powyższego przykładu, trzeba zauważyć, że jej mąż też nie jest łatwym zawodnikiem. Nie stosuje co prawda mechanizmu wyładowywania się i acting-out, ale tłumi emocje głęboko w sobie i wycofuje się w swój świat. Można sobie wyobrazić, że stosuje różne nieświadome mechanizmy biernej agresji, które dają mu na jakimś poziomie ulgę, ale również ani na jotę nie przybliżają do rozwiązania problemu, jakim dla niego jest "awanturowanie się" żony. Skontaktowanie się ze złością na niego wymaga więc od żony nie lada odwagi zmierzenia się z jeszcze większą złością i frustracją wynikającą z jego niezaangażowania, odmawiania i nie zauważania tematu. Jak zachowywać się w takiej sytuacji, nie puszcając "pary w gwizdek"? Jak kierować emocje w stronę rozwiązania problemu? Z pewnością się da. Ale nie jest to wcale takie proste.

 

Przykładów takich rozładowujących zachowań acting-out jest mnóstwo. Np. kiedy ktoś nas zezłości, jedziemy szybko samochodem, żeby poczuć się przyjemnie. Jednocześnie stwarzamy zagrożenie dla siebie, a osobę, która wywołała emocję, omijamy szerokim łukiem. Albo kiedy brakuje nam czegoś w naszym związku, nawiązujemy romans lub korzystamy z usług prostytutek - również jest przyjemnie i doznajemy pewnej ulgi, ale energia naszych uczuć przenosi się w zupełnie inne miejsce niż to, z którego pochodzi. Za chwilę wracamy do domu i znów czujemy się sfrustrowani. Taka sytuacja potrafi trwać latami, nie przynosząc żadnego rozwiązania. Gdybyśmy tego nie robili, trudno byłoby nam znieść tę sytuację i mielibyśmy motywację do działania. Albo w kłótniach rzucamy talerzami i demolujemy meble, co zmienia temat rozmowy z tego, co wywołało naszą złość, na to, jacy jesteśmy nieobliczalni i jak powinniśmy się opanować. Czujemy się winni a nasza złość chowa się głęboko w naszych zakamarkach, nie spełniając swojej funkcji. Albo pijemy, bierzemy narkotyki, samookaleczamy się, objadamy. W tę kategorię wchodzą też wdawanie się w bójki, agresja, pobicia "w afekcie".

 

Jak pewnie się domyślacie, nie zawsze granica między "zdrową" regulacją emocji a jej "niezdrowym" rozładowaniem jest łatwa do wyznaczenia. Wyżej wspomniane kryterium adekwatności reakcji do bodźca jest z pewnością bardzo przydatne. Ale co zrobić, jeśli np. mamy różne sprzeczne potrzeby, co zdarza się w ogromnej większości sytuacji, i z żadnej nie jesteśmy gotowi zrezygnować? Co, jeśli jesteśmy w dwóch związkach i oba dają nam coś, co jest dla nas ważne? Co, jeśli bójka, mimo że jest agresywnym, niszczącym zachowaniem, rzeczywiście zmienia naszą sytuację na lepsze? Gdzie jest moment, kiedy należy zakończyć związek, w którym nie czujemy się szczęśliwi i przestać już o niego walczyć? Czy będzie to zachowaniem konstruktywnym, spełnającym nasze potrzeby, czy tylko rozładowaniem, które pozostawi w nas samotność i tęsknotę? Czy jesteśmy w stanie jasno określić, czy jesteśmy w tym związku nieszczęśliwi, skoro daje on nam też dużo dobrego? Czy napicie się wieczorem piwa z przyjaciółmi jest po prostu sposobem na relaks, czy na ucieczkę od uczuć, które powodują w nas napięcie?

 

Ilość tych pytań może wywoływać niepokój. Ale gdybyśmy nie mieli takich dylematów, pewnie oznaczałoby to, że uciekamy od wewnętrznych dylematów w pozorną pewność siebie i w działanie zamiast świadomego namysłu. Zachęcam Was do uważności na swoje uczucia i potrzeby - a także konflikty pomiędzy nimi! - i odważne podążanie do celów, które nam wyznaczają.

 

Do zobaczenia!

 

ZMIANA

huberthryc

Jeśli dziwicie się, że nowy wpis nie pojawił się tydzień temu, to zapraszam do polubienia strony bloga na facebooku, na której pisałem o tym, że opóźnienie będzie. To tam będę wrzucał wszelkie informacje techniczno-porządkowe, drobne ogłoszenia oraz usprawiedliwienia.

Czy podjęliście już postanowienia noworoczne? Ostatnio dużo się z nich naśmiewamy, zauważamy, że rzadko kiedy udaje się je spełniać. Stały się synonimem porażki i słabej woli.

A przecież zmiana jest możliwa! Zmiana jest sensem psychoterapii. W niektórych podejściach jest podkreślane, że to nie ona jest jej celem, a zwiększenie świadomości i rozumienia siebie, ale przecież mało kto decydowałby się na terapię, gdyby nie oczekiwał zmiany. Widziałem ją wielokrotnie. Pewnie Wy też. Czasem jest tak wyraźna i spektakularna, że wywołuje niemałe wzruszenie. Widziałem ludzi, którzy zmieniają siebie, swoje zachowania i sposoby radzenia sobie, które do tej pory ich ograniczały i sprawiały im cierpienie. Widziałem zmiany dokonujące się w zwiazkach, rodzinach, w życiu zawodowym. Widziałem odwagę zakończenia tego, co jest znane, bezpieczne i przewidywalne, ale powoduje cierpienie, na to, co jest nowe, nieznane i ryzykowne.

A więc - zmiana jest możliwa. Jak jej dokonać? Dlaczego postanowienia noworoczne się nie udają?

Ostatnio zmiana jest modna. Dużo czytamy o wychodzeniu ze strefy komfortu, rzucaniu wszystkiego i zaczynaniu od nowa itp. Zmiana staje się czymś, co daje nam kopa, energię do działania. Jest w tym pułapka, w którą niektórzy wpadają. Zmiana pracy, przyjaciół czy partnera staje się jak narkotyk - dostarcza wrażeń, powoduje przyjemne pobudzenie wynikające z nowości i adrenalinę spowodowaną przez nieznane. I paradoksalnie - staje się czymś stałym. Monotonnym schematem, przy pomocy którego uciekamy przed bliskością, zależnością, przywiązaniem, zaangażowaniem. Staje się "zmianą dla samej zmiany", przestaje mieć związek z rozwojem a staje się ucieczką.

Nie taką zmianę mam dziś na myśli. Chodzi mi o zmianę na lepsze, służącą rozwojowi. Na ogół jest ona świadoma i poprzedzona refleksją. Wszystkie popularne postanowienia noworoczne łapią się na tą definicję.

Zmiana się nie uda, jeśli będziemy próbować ją sobie narzucić. Złamać swoją "słabą wolę" i zmusić się do zrzucenia wagi, nie palenia, regularnego biegania, nauki. Zmiana uda się, jeśli odkryjemy w sobie nasze motywacje i potrzeby i zaakceptujemy je. Wtedy to one staną się motorem i motywacją do zmiany.

Walczenie z samym sobą, stawianie sobie zakazów i karanie się za ich przekraczanie, a także próba zmuszenia się do czegoś, czego nie chcemy, jest bez sensu. Jeśli jemy kolejny kawałek pizzy, to znaczy, że podjęliśmy taką decyzję i zaspokajamy w ten sposób jakąś naszą potrzebę. Jeśli krzyczymy wtedy na siebie, krytykujemy i próbujemy zmusić się do uległości, zachowujemy się wobec siebie jak zły, surowy rodzic, który nie rozumie naszych potrzeb i próbuje siłą wtłoczyć w jakiś niezrozumiały dla nas, obcy nam schemat postępowania. I tłumaczenie "bo tak trzeba" naprawdę nas nie przekonuje, jeśli zupełnie tego nie czujemy.

Kluczem jest bycie dla siebie dobrym. I zrozumienie, czego potrzebujemy i co czujemy.

Zostańmy przy pizzy. Może jedzenie jej to dla nas przyjemność? Może to jej właśnie nam brakuje i moglibyśmy ją sobie dać w inny, lepszy, bardziej satysfakcjonujący sposób? A może to, że robimy coś "niegrzecznego" daje nam poczucie autonomii i buntowania się przeciwko narzucanym normom? Może sposobem na spełnienie tej potrzeby będzie wzięcie za siebie odpowiedzialności i budowanie swojego życia tak, jak byśmy chcieli, mimo tego, że np. rodzice oczekują od nas czego innego? A może jemy, bo czujemy pustkę i potrzebujemy, żeby coś ją wypełniło? Wtedy być może nasz apetyt zaspokoiłaby bliska, satysfakcjonująca, intymna relacja z innym człowiekiem? Przykłady można mnożyć.

Co jest największym źródłem motywacji? Mogą nim być wszelkie nasze potrzeby, pragnienia czy emocje. Na najbardziej podstawowym poziomie można powiedzieć, że przyjemność jest tym, co nas motywuje. A co jest największym źródłem przyjemności? Seks. W szerszym znaczeniu nie chodzi o sam akt seksualny, ale wszystko to, co się z nim wiąże - bliskość, miłość, fascynację, podziw, ekscytację w relacji z innym człowiekiem, rodzicielstwo. To bardzo pierwotne, ludzkie doświadczenie. Wydaje się to banalne, ale pomyślcie o jakiejkolwiek ludzkiej aktywności i z dużą dozą prawdopodobieństwa jej źródła będą gdzieś w tamtych rejonach. Dziwnym trafem jeśli postanowimy sobie, że będziemy się odchudzać, żeby być zdrowsi, żeby dłużej żyć lub być z siebie dumni, może iść nam jak po grudzie i okazać się syzyfową pracą. Jasne, nie jest tak w przypadku wszystkich, ale na pewno w przypadku bardzo wielu osób. A gdybyśmy wtedy pomyśleli, że chcemy być atrakcyjni, być obiektem pożądania kobiet/mężczyzn, zwracać ich uwagę, rzeczywiście się na tym skupimy i będziemy to sobie wyobrażać oraz zaakceptujemy w sobie taką potrzebę okaże się, że nagle ubywa nam kilogramów, a my bez większego problemu wstajemy codziennie biegać o szóstej rano.

Są oczywiście też inne źródła motywacji, na przykład omawiana już na tym blogu wielokrotnie złość, która daje nam siłę i energię do zmiany tego, co nam nie pasuje. Także wszystko to, co aktywuje nasz ośrodek przyjemności w mózgu. Na poziomie egzystencjalnym motywacją może być potrzeba sensu.

Co demotywuje? Lęk. Wiele osób boi się zmiany. Jest to kolejna cecha naszej ludzkiej natury - dążymy do bezpieczeństwa, a bezpieczne wydaje nam się to, co jest stałe. Mimo, iż zmiana jest często źródłem przyjemności, jest również ryzykowna. Nie wszyscy są gotowi na to ryzyko. Różnimy się ogólnym poziomem lęku. Jest to związane z naszymi doświadczeniami, w szczególności wczesnodziecięcymi oraz tymi, które spotkały nas niedawno. Niektórzy lubią ryzyko, bo mają zaufanie do siebie, do świata, a zmiany w ich życiu były zmianami na lepsze. Inni mają złe doświadczenia, boją się tego, co nieznane, bo bardzo często oznaczało to dla nich ból i cierpienie. Dobra wiadomość jest taka, że ogólny poziom lęku w ciągu życia może się zmieniać. Zależy to od naszych kolejnych doświadczeń, a także regulacji lęku na poziomie fizjologicznym (np. przez ćwiczenia, relaksację itp.)

Zmian w nas boją się też niejednokrotnie nasi bliscy. Jeśli się zmieniamy, to nawet kiedy jest to zmiana ewidentnie na lepsze, może budzić w nich niepokój. Jest to dokładnie ten sam mechanizm, który opisałem powyżej - mamy skłonność do szukania bezpieczeństwa w stałości. I jeśli nawet zawsze chciałaś, żeby twój chłopak ćwiczył, modnie się ubierał i interesował kinem niezależnym, kiedy nagle zaczyna to robić, nie budzi to w Tobie entuzjazmu, a raczej niepokój. Dlaczego to robi? Czy kogoś poznał? Czy nadal będzie Cię kochał? Czy jesteś dla niego wystarczająco atrakcyjna? I tak dalej. Jest to mechanizm, który często daje się we znaki np. trzeźwiejącym alkoholikom. Ich bliscy bardzo chcieli, żeby przestali pić, ale zmiana ta tak mocno zaburza homeostazę w rodzinie, że oprócz radości może ona wywołać niemały niepokój. Nie ułatwia to zmiany.

Zmianie w nas sprzyja zmiana otoczenia. Jeśli podejmiemy decyzję, że będziemy się w domu sami uczyć, pracować itp, bedzie to bardzo trudne, bo przyzwyczailiśmy się, że w domu oglądamy telewizję i siedzimy na fejsie. Równie trudne będzie to wtedy, kiedy nie znajdzie się nikt, kto będzie nam kibicował, podzielał naszą motywację czy dawał okazję do mobilizującej, pozytywnej rywalizacji. Ale jeśli zapiszemy się na jakiś kurs, zaczniemy spotykać z ludźmi, dla których ważna jest kariera naukowa i praca albo chociaż zamiast siedzieć w domu pójdziemy do kawiarni, w której inni też będą pracować przy komputerach, będzie nam dużo łatwiej. To właśnie ten mechanizm sprawia, że ludzie, którzy np. wyjadą do innego miasta albo zmienią całkowicie towarzystwo, często stają się kimś niemal zupełnie innym. Jest to też jeden z mechanizmów działania psychoterapii. Do stałego układu rodziny, pracy, znajomych, dokładamy nowy, który siłą rzeczy musimy wziąć pod uwagę.

Wiele osób wyobraża sobie zmianę jako nagłe, spektakularne wydarzenie, związane z jakimś odkryciem, intensywnym przeżyciem, olśnieniem. Prawda jest taka, że takie zmiany należą do rzadkości. Zmiana dokonuje się zazwyczaj powoli, stopniowo. Od nagłych, spektakularnych zmian zazwyczaj uciekamy - są one dla nas za duże, żeby je zaakceptować i czuć się z nimi dobrze. Działa tu zasada optymalnej różnicy - musi być ona na tyle duża, żeby coś w nas zmienić, ale na tyle mała, byśmy ją przyjęli. Nasza psychika woli zmiany delikatne, spokojne i rozłożone w czasie, czasem trudne do zobaczenia na co dzień i widoczne dopiero z dalszej perspektywy. Widywany raz do roku wujek może ze zdumieniem i podziwem powiedzieć Ci, jak bardzo się zmieniłeś, odkąd Cię ostatnio widział, mimo, że Twoi bliscy znajomi tego nie zauważyli.

Z okazji Nowego Roku życzę Wam, żebyście zmieniali w życiu to, co Was przybliży do Was samych, byli dla siebie dobrzy i uważni na swoje potrzeby - niech one dają Wam energię do odważnych, satysfakcjonujących zmian w Waszym życiu.

Do zobaczenia!

 

KTO JEST WINNY, czyli o rodzinie na święta

huberthryc

 

Przed nami Boże Narodzenie, które powszechnie kojarzy się ze spędzaniem czasu w rodzinnym gronie. Temat rodziny na psychoterapii pojawia się często. Na tym blogu także pisałem o niej jako o ważnym elemencie genezy naszych cierpień psychicznych. Na terapii zajmujemy się zarówno przyjemnymi, jak i nieprzyjemnymi emocjami do naszych bliskich. Mamy okazję zarówno do wdzięczności, jak i do żalu i złości w stosunku do nich. Tak się jednak składa, że przyjemne emocje, wdzięczność, przywiązanie i ciepłe wspomnienia rzadziej są przedmiotem wyparcia i tłumienia, w związku z tym nie wywołują objawów, z którymi zgłaszamy się do psychoterapeuty. Nie zajmujemy się też na ogół na terapii takimi schematami funkcjonowania, które nam służą, są dla nas dobre i przynoszą nam satysfakcję - mimo iż zazwyczaj dostajemy od naszych rodziców mnóstwo takiego dobrego wyposażenia na życiową drogę. Żeby stawić czoła naszemu wewnętrznemu cierpieniu, na terapii odkrywamy najczęściej ciemną stronę naszych rodzin, kontaktujemy się ze złością i żalem do opiekunów za ból, który nam zadali albo zaniedbanie naszych potrzeb.

W wielu osobach budzi to opór. Nie tylko ten w rozumieniu psychoanalitycznym, czyli mechanizm obronny przed uświadomieniem sobie nieakceptowanych emocji. Mam też na myśli taki zwykły opór przed zachwianiem proporcji, "oskarżaniem" i zrzucaniem winy na rodziców, którzy często bardzo nas kochali i starali się jak mogli. Jakim prawem obarczać ich odpowiedzialnością za całe nasze nieszczęście?

Często najsilniej przeżywają ten opór osoby, które same są rodzicami i wiedzą, jak ciężki jest to kawałek chleba. Jak często oni, chociaż chcą dla swoich dzieci jak najlepiej, zawodzą je, ranią, odrzucają, frustrują ich potrzeby? Jak często nie mają dla nich czasu, nie mają siły przyjąć ich emocji? Czy w takim razie mają prawo do oceniania swoich rodziców?

Nie wiem. Nie jest tak, że na terapii nie oceniamy nigdy. Czasem to bardzo ważne, żeby powiedzieć wprost, że coś było złe. Nie miało prawa się zadziać. Ktoś wyrządził krzywdę i choćby nie wiem, jak się tłumaczył, nic go nie usprawiedliwia. Ale tak naprawdę ocenianie kogokolwiek to ciężka sprawa. Żeby dokonać oceny, trzeba mieć możliwie wszystkie dane dotyczące jakiejś osoby lub zdarzenia. Jako dzieci nie mamy tych danych. Nie jesteśmy w stanie ich uzyskać. Najczęściej też nasi rodzice nie są złymi ludźmi. Często mamy związanych z nimi wiele dobrych wspomnień, zawdzięczamy im mnóstwo dobrych rzeczy i kochamy ich. Jeśli popełnili wobec nas jakieś błędy i nie dali nam bezpieczeństwa, bliskości czy uznania naszych uczuć, zazwyczaj wcale nie robili tego ze złej woli, tylko dlatego, że inaczej nie potrafili lub byli przekonani, że tak właśnie powinni nas wychowywać.

 

Tak więc, nie zawsze mamy prawo do oceniania.

 

Nie chciałbym jednak, żebyśmy mylili ocenę z uczuciem. To dość powszechny schemat. Mówimy: "moja mama chciała dobrze, więc nie mam prawa się na nią złościć". Właśnie, że nie. Być może nie masz prawa jej oceniać, ale zawsze masz prawo do swoich uczuć. To nie to samo. Ocena jest wynikiem intelektualnej analizy opartej na logicznych przesłankach. Uczucia to po prostu to, co czujemy do kogoś w jakiejś sytuacji.

 

To właśnie uczuciami zajmujemy się na terapii. Uczucia są bardzo ważne. A o tym, dlaczego są ważne, pisałem tutaj i tutaj.

 

Pozostaje jeszcze kwestia odpowiedzialności za nasze aktualne cierpienie.


To, że jacyś się staliśmy, że mamy ten a nie inny zestaw cech, to naprawdę jest efekt tego, jak wyglądało nasze dzieciństwo i jacy byli wobec nas nasi rodzice. Byłbym jednak daleki od zrzucania na nich winy za nasze aktualne cierpienie. Sęk w tym, że dzieciństwo już dawno minęło i teraz sami podejmujecie decyzje o tym, jakie będzie Wasze życie. To od Was zależy, co zrobicie z tym nieszczęściem i lękiem, które w Was są. Połączenie teraźniejszości z dzieciństwem jest bardzo przydatne, dzięki temu można lepiej zrozumieć siebie - dlaczego coś robimy, dlaczego tak a nie inaczej coś przeżywamy. To zrozumienie jest jednak nie po to, żeby obwiniać rodziców, bo to nie sprawi, że poczujemy się lepiej albo zmienimy coś w naszym życiu. Chodzi o to, żeby móc wreszcie ich puścić, zostawić za sobą, i wziąć pełną odpowiedzialność za siebie.

 

SZEPT W TŁUMIE, CZYLI EFEKT COCKTAIL PARTY

huberthryc

 

Autorka tekstu: Izabella Lasocka

 

Jesteś na przyjęciu, wokół ciebie kilkanaście innych osób, gwar, muzyka. Rozmawiasz ze znajomym i tylko na tym się skupiasz. Wystarczy jednak, że usłyszysz swoje imię wypowiedziane nawet szeptem, a mimowolnie zaczniesz poszukiwać osoby, która je wypowiedziała, skierujesz na nią całą swoją uwagę. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że masz do czynienia z efektem cocktail party.

Co to takiego?

To zdolność naszego umysłu do odcięcia się od zmysłowego postrzegania niektórych bodźców i nastawienie poznawcze na konkretne sygnały. Okazuje się bowiem, że jesteśmy wyjątkowo wrażliwi na dźwięk naszego imienia, wyłapujemy je natychmiast spośród wielu innych bodźców. Dokładnie na tej samej zasadzie matka zawsze usłyszy płacz swojego dziecka, a barman już po kilku tygodniach pracy w zatłoczonym barze jest w stanie dokładnie selekcjonować informacje dobiegające do niego z tego pełnego zgiełku miejsca. Efekt cocktail party występuje także podczas snu, kiedy zazwyczaj mamy wrażenie, że tracimy kontakt z otoczeniem. Nasz mózg nadal jednak pozostaje na pewnym poziomie funkcjonowania, a nasze zmysły nie przerywają pracy podczas snu i wysyłają sygnały do mózgu. Ten ignoruje większość z nich, reagując jednak na sprawy istotne. Jeśli czujemy dym lub czyjś dotyk, najprawdopodobniej zbudzimy się ze snu. Nawet jeśli śpimy, mimowolnie zareagujemy na dźwięk swojego imienia, usłyszymy je wśród wielu innych dźwięków. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że w drodze ewolucji między innymi ten mechanizm miał zapewnić przetrwanie naszym przodkom podczas snu.

Narzędzie manipulacji?

Efekt imienia, nazywany właśnie efektem cocktail party, znany jest od dość dawna. Jego siła przejawia się nie tylko podczas spotkań towarzyskich, lecz także w sytuacjach biznesowych i marketingowych. Zapewne wielu z nas zdarzyło się odebrać telefon z banku, a w słuchawce usłyszeć: „Dzień dobry, pani Kasiu…” lub otrzymać maila z nieznanej nam firmy rozpoczynającego się właśnie od naszego imienia. Dzisiaj możemy mieć kubek z własnym imieniem, kalendarz czy ręcznik kąpielowy. Handlowcy wykorzystują tzw. magię imienia głównie po to, żeby już na wstępie przyciągnąć naszą uwagę. To już połowa ich sukcesu. Badania marketingowe i psychologiczne wykazały, że zwracanie się po imieniu do klienta zwiększa jego skłonność do robienia zakupów. Marketing spersonalizowany to dziedzina ciągle jeszcze młoda w Polsce, ale skuteczna i ciesząca się dość dużą popularnością. Na naszym rynku istnieje wiele firm, które oferują swoją wiedzę i doświadczenie właśnie w tym obszarze. Uczą one, jakich błędów nie popełniać, jakich narzędzi używać, żeby skutecznie dotrzeć do potencjalnych klientów.

Jaka jest skuteczność tzw. efektu imienia? Nie działa on zawsze i wszędzie. Jeśli zbyt wcześnie pozwalamy sobie przejść na skróconą formę kontaktu z nowo poznaną osobą, to nie zawsze spotyka się to z jej entuzjazmem. Wszystko zależy bowiem bezpośrednio od granic psychologicznych, jakie każdy wyznacza. Takie granice określają nasze terytorium – myśli, odczucia, potrzeby, prywatność. Jeśli ktoś zbyt szybko czy zbyt nachalnie je przekroczy, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że zareagujemy niechęcią i wycofaniem. W biznesie znane jest pojęcie manipulacji poprzez naruszanie granic psychologicznych. To techniki manipulacyjne, które używane są zarówno w przypadku, kiedy chcemy na kimś coś wymusić, uzyskać jego zgodę, jak i w sytuacji handlowej. Tak więc uważność na samego siebie i własne granice może nam pomóc w podjęciu samodzielnych i świadomych decyzji dotyczących na przykład tego, czy oby na pewno potrzebujemy kolejnej karty kredytowej czy nowszego auta.

Badania nad efektem imienia

Wiele badań nad tym zagadnieniem wykazało, że nie tylko reagujemy na swoje imię, bardziej lubimy same litery, z których ono się składa. Eksperymenty profesora Dolińskiego1 potwierdziły, że pierwsze litery naszego imienia wydają się nam przyjemniejsze niż inne, które w nim nie występują. Jeszcze ciekawsze wyniki przedstawia Brett W. Pelham2 wraz z innymi badaczami z uniwersytetu w Buffalo. Według nich znaczącą rolę przy podejmowaniu czasem ważnych decyzji pełnią tak błahe argumenty, jak podobieństwo wybieranej opcji do naszego imienia czy daty urodzenia. Aby wyjaśnić to zjawisko, naukowcy stworzyli tzw. teorię ukrytego egotyzmu. Egotyzm to kierowanie własnej i cudzej uwagi na siebie, nadmierne skupianie się na sobie, swoich uczuciach i emocjach. Pojęcie to dotyczy właściwie wszystkich i wiąże się głównie z potrzebą bycia akceptowanym i lubianym przez innych. Chcemy podtrzymywać pozytywny obraz siebie. Dlatego, zazwyczaj dość automatycznie, pozytywnie myślimy o osobach, które urodziły się tego samego dnia lub noszą takie samo imię jak my. Naukowcy twierdzą, że właśnie z powodu ukrytego egotyzmu wybieramy te miasta, szkoły i zawody, w których nazwie występują litery z naszego imienia czy nazwiska. W swoich badaniach postanowili także zbadać, czy litery w imieniu mogą wpływać na wybór wykonywanego przez nas zawodu. W tym celu z bazy danych amerykańskich prawników (ang. lawyers) i stomatologów (ang. dentists) wybrali tych, którzy mieli na imię Denise, Dena, Denice, Denna, Dennis, Denis, Denny, Denver i Laura, Lauren, Laurie, Laverne, Lawrence, Larry, Lance i Laurence. Jak pokazały wyniki badań, większość osób z imieniem rozpoczynającym się na „D” przynależała do grupy dentystów, a ci, których imię rozpoczynało się na "L" – do prawników. Ci sami badacze odkryli ponadto, że ludzie z imieniem zaczynającym się na „Geo” zaskakująco częściej zostają geografami, geologami itp. Z tych badań wynika również, że ludzie często wybierają miejsce zamieszkania, którego nazwa podobna jest do ich imienia. I tak Florence najchętniej zamieszkałaby na Florydzie, Louis w Luizjanie, a w Virginia Beach jest więcej dziewcząt o imieniu Virginia. Robert Cialdini3, amerykański profesor psychologii, wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje. Człowiek już od najmłodszych lat bardzo utożsamia się ze swoim imieniem. Wszystko to, co podobne, wydaje nam się lepsze i atrakcyjniejsze. Również dlatego, jak dowodzi Pelham, ludzie bardzo chętnie wiążą się z osobami o podobnym imieniu albo wybierają produkty o podobnie brzmiącej nazwie.

Mężczyźni w towarzystwie słyszą lepiej

Nasz słuch ma zdolność oddzielenia się od większości otaczających nas dźwięków, jednak nie jest w stanie ignorować tych, które są dla nas szczególnie ważne. Nie możemy więc nie słyszeć na przykład własnego imienia, nawet wypowiedzianego bardzo cichym głosem. Zjawisko cocktail party umożliwia zatem skupienie się na jednym sygnale wyodrębnionym w środowisku akustycznym, przy zachowaniu możliwości odbioru pozostałych dźwięków pochodzących z wielu źródeł.

Niemieccy naukowcy – Ida Zündorf z Centrum Neurologicznego Uniwersytetu w Tybindze oraz prof. Hans-Otto Karnath i dr Jörg Lewal, odkryli, że zdolności audioprzestrzenne mężczyzn są bardziej rozwinięte niż kobiet4. Uważają oni, że zdolność mężczyzn do lepszego słyszenia w liczniejszym otoczeniu może wynikać z różnic ewolucyjnych płci. Mężczyźni rozwinęli zdolności przestrzenne w wyniku naturalnej i płciowej selekcji w czasie całej ludzkiej ewolucji – to właśnie oni wyruszali na polowania. Koncentracja i błyskawiczne zwrócenie uwagi było wówczas niezwykle ważne, często wręcz ratujące życie.

W badaniu poproszono uczestników, aby słuchali dźwięków i starali się określać źródło oraz kierunek ich pochodzenia. W pierwszym teście dźwięki były prezentowane jeden po drugim i zarówno kobiety, jak i mężczyźni wykonywali zadanie z bardzo dużą dokładnością.
W kolejnym teście badanym osobom przedstawiono kilka dźwięków w tym samym czasie. Uczestnicy mieli się skupić i zlokalizować tylko jeden dźwięk. Ten test okazał się znacznie trudniejszy dla kobiet niż dla mężczyzn. W niektórych przypadkach kobiety nawet nie zdawały sobie sprawy z tego, że prezentowany dźwięk pochodził z kierunku innego niż wskazany. Ponieważ różnice nie ujawniły się przy wykrywaniu źródła pojedynczego dźwięku, a jedynie przy kilku dźwiękach, uznano, że jest to spowodowane odmiennością działania mechanizmu zależnego od uwagi konkretnych płci.

Filtrowanie codzienności

Żyjemy w świecie, który bywa głośny i przeładowany. Ilość i różnorodność bodźców, z jakimi spotykamy się każdego dnia, często może przekraczać nasze możliwości ich odbioru czy nawet zaobserwowania. Bombardowanie nas ogromną ilością informacji wymaga stałego poddawania ich gruntownemu filtrowaniu, tak abyśmy mogli koncentrować się tylko na tym, co jest dla nas naprawdę ważne. W ciągu całego dnia kierujemy swoją uwagę na ogromną ilość mniej lub bardziej znaczących zdarzeń, miejsc, ludzi, wybierając z nich te, które wydają się najważniejsze – zazwyczaj dotyczą one nas samych.

Dlatego tak ważna jest zdolność do wyboru jednego bodźca kosztem innych. Idealnym wręcz przykładem działania mechanizmu selekcji jest właśnie efekt cocktail party. Jednej z pierwszych prób oszacowania możliwości ludzkiej uwagi podjął się kilkadziesiąt lat temu angielski badacz Colin Cherry5. Interesowało go, jak to się dzieje, że ludzie potrafią śledzić tylko jedną rozmowę, skoro w zasięgu słuchu toczy się równocześnie kilka innych. Dowodził w swoich badaniach, że decydującą rolę odgrywa kierunek, z którego nadchodziła potrzebna informacja. Zauważył też, że podczas spotkania z wieloma osobami nie słyszymy większości wypowiedzi, ale koncentrujemy się na tych, które są dla nas istotne. Część bodźców musi być – zdaniem autora – aktywnie ignorowana. Selektywność uwagi pozwala stłumić większą część docierających do nas bodźców, robiąc tym samym miejsce dla innych – ważniejszych.

Dzięki temu jesteśmy w stanie funkcjonować w codzienności – słuchać radia, przygotowując jednocześnie obiad, robić zakupy w supermarkecie, mimo stałego działania wielu konkurencyjnych źródeł dźwięków.

Efekt cocktail party jest zjawiskiem, które bez względu na to, czy jest opisywane w odniesieniu do ewolucji, neurobiologii czy psychologii procesów poznawczych, umożliwia nam, czasem bezwiedne, zatrzymanie się i wychwycenie z otaczającego nas szumu informacyjnego tego, co jest dla nas istotne. Na przykładzie naszego imienia dzieje się tak dlatego, że ma ono dla nas zabarwienie emocjonalne, jest w pewnym sensie częścią nas samych. Kiedy słyszymy swoje imię, pobudzane są rejony mózgu związane właśnie z naszą samoświadomością.

Siła naszego imienia zajmowała i zajmuje do dziś wielu badaczy, psychologów i neurologów. Wydaje się jednak, że o tzw. magii czy potędze imienia wiedzieli już starożytni. To właśnie w starożytnym Egipcie wierzono, że w imieniu zawarta jest istota człowieka. Mówiono: "ten, czyje imię jest wymawiane, żyje".

 

1 D. Doliński, Techniki wpływu społecznego, Warszawa 2005.

2 B. Pelham, M. Mirenberg, J. Jones, Why Susie sells seashells by the seashore: Implicit egotism and major life decisions [w:] “Journal of Personality and Social Psychology”, 82.

3 R. Cialdini, N. Goldstein, S. Martin, Tak! 50 sekretów nauki perswazji, Warszawa 2008.

4 Usłyszeć świat – usłysz wszystkie odcienie dźwięków. Kampania społeczna pod patronatem honorowym Ministra Edukacji Narodowej, www.slyszymy.pl.

5 H. Eysenck, M. Eysenck , Podpatrywanie umysłu. Dlaczego ludzie zachowują się tak, jak się zachowują, Gdańsk 1996.

 

ŚMIERĆ VS. ŻYCIE

huberthryc

 

 

Umrzemy. Moment, w którym zdajemy sobie z tego sprawę, wywraca nasze życie do góry nogami. Zazwyczaj jesteśmy wtedy małymi dziećmi dopiero na początku naszej życiowej drogi. Dowiadujemy się, że umarł nasz dziadek, babcia, wujek. Od tego momentu nic już nie będzie takie samo. Nie da się powrócić do tej dziecięcej błogości. Już zawsze będziemy wiedzieć, że zegar tyka. Choćbyśmy nie wiem jak się starali, to będziemy się starzeć, tracić to, co mamy, aż w końcu stracimy wszystko. Nie będzie nas.

Śmierć jest, ogólnie mówiąc, dość smutnym tematem. Gdy kogoś tracimy, boli nas to. Przeżywamy smutek i żałobę. Gdy sami zmagamy się ze swoją śmiertelnością, chorobą, ograniczeniem - również budzi w nas to smutek, frustrację. Niektórzy z nas lubią oglądać horrory, filmy wojenne, albo wykonywać kolejne fatality w "Mortal Kombat", oswajając w ten sposób śmierć; niektórzy też zachwycają się barwnością Día de los Muertos lub radosną oprawa pogrzebów we wspólnotach neokatechumenalnych albo spokojem bohaterów filmu "A czego tu się bać?" Małgorzaty Szumowskiej. To wszystko jest jednak "oswajaniem" tematu, który z natury jest przygnębiający. Kiedy na serio stykamy się ze śmiercią, nigdy nie jest nam do śmiechu.

Gdy przyjrzymy się bliżej ludziom, ich wyborom, myślom i emocjom, zobaczymy, że śmierć jest jednym z najbardziej centralnych obszarów ich życia. Wszyscy się z nią mierzymy. Na szczęście nie myślimy o niej cały czas, nie chodzimy wciąż smutni, czekając na śmierć, a jeśli ktoś to robi, pragnie się jak najszybciej wydobyć z tego stanu. Wrócić do życia. Do pracy, do kochania, do tworzenia, do zabawy, do przeżywania. To jest przeciwieństwo śmierci.

Niesamowite jest to, jak wielką motywacją do życia może być chęć stawienia czoła śmierci. Znamy przejmujące historie ludzi, którzy przeżyli wypadek, ciężką chorobę, wojnę - zetknęli się blisko, namacalnie ze śmiercią - i pod wpływem tego doświadczenia, postanawiają odmienić swoje życie, by "żyć jego pełnią".

Śmierć, oprócz tego, że jest smutna, to jest też przerażająca. Wszyscy się jej boimy. To przerażenie jest straszniejsze od innych przerażeń. O ile z lękiem przed przysłowiowym tygrysem możemy sobie jakoś poradzić, unikając zagrożenia z jego strony, w obliczu śmierci jesteśmy bezradni. Lęk przed śmiercią jest tak silny, bo z jednej strony jest to najgorsza rzecz, która może nas spotkać, a z drugiej w żaden sposób nie jesteśmy w stanie jej uniknąć.

Nie czujecie tego lęku? Tylko czasem myślicie o śmierci, a tak na co dzień nie zaprzątacie sobie tym głowy? Jasne, że tak. Tak silnego i chronicznego lęku na dłuższą metę nie da się wytrzymać. Dlatego nasza psychika radzi sobie z nim na różne chytre sposoby. Na przykład:

UDAWANIE PRZED SOBĄ, ŻE JAK BĘDZIEMY KONTROLOWAĆ SYTUACJĘ, TO WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE

Jeśli stosujesz tę strategię, prawdopodobnie rezygnujesz z wielu aktywności, bo nie jesteś wystarczająco pewien, czy są bezpieczne. Podróże w nowe miejsca, prowadzenie samochodu, umawianie się na randki przez internet, przekraczanie swoich granic - to nie dla Ciebie. Robisz tylko to, co wydaje Ci się pewne i niegroźne. Dużo czasu spędzasz u lekarzy, robisz regularnie kompleksowe badania, niepokoisz się każdym bólem brzucha, nowym znamieniem na skórze i zawrotami głowy. Odżywiasz się zdrowo, dbasz o kondycję fizyczną, jesteś na bieżąco z doniesieniami o wszelkich składnikach żywności, które mogą powodować choroby. Być może rzeczywiście w ten sposób przedłużasz sobie życie w zdrowiu i bezpieczeństwie, tracąc przy okazji wiele z jego smaku. Niestety, nie wszystko da się przewidzieć. Prędzej czy później spotkasz się oko w oko z nieprzewidywalnością życia. Nie będzie to miłe. Możesz wtedy dojść do wniosku, że zmarnowałeś mnóstwo energii na próbę kontroli czegoś, czego kontrolować się nie da.

UDAWANIE PRZED SOBĄ, ŻE JESTEŚMY NIEŚMIERTELNI, MOŻEMY WSZYSTKO I ZAWSZE ZWYCIĘŻYMY

Ta strategia również służy temu, byśmy mieli iluzję poczucia kontroli. O ile wcześniejsza bazowała na unikaniu niebezpieczeństwa, w tej próbujesz udowodnić sobie, że kontrolujesz każdą, nawet najgroźniejszą sytuację. I nic Ci nie jest straszne. Sporty ekstremalne, wychodzenie na niebezpieczne wysokogórskie szlaki przy skrajnie niesprzyjającej pogodzie, szybka i brawurowa jazda samochodem, podróż autostopem po kraju ogarniętym wojną, wygrana w konkursie na ilość wypitych kieliszków wódki w jak najkrótszym czasie - przeżyłeś to wszystko. To dla Ciebie dowód, że pokonałeś śmierć i ograniczenia. Niestety, nikomu się to nie udało. W rzeczywistości, zamiast oddalać od siebie śmierć, zapraszasz ją bardzo, bardzo blisko.

WYCOFANIE SIĘ, REZYGNACJA, MARAZM I PODDANIE BEZ WALKI

Myślę, że najczęściej postawę taką przyjmują osoby, dla których nic, co nie jest stałe, nie ma sensu ani wartości. "Po co kochać, jeśli miłość może się skończyć? Lepiej być samotnym, żeby nie czuć rozczarowania". "Po co cieszyć się z czegoś, co mogę stracić? Lepiej się nie ekscytować". To osoby, które nade wszystko potrzebują stałości i płynącego z niej bezpieczeństwa. Prawdopodobnie nie doświadczyły ich jako dzieci i ta potrzeba tkwi w nich bardzo głęboko. Niestety, jeśli wartość tego, co robimy, czego doświadczamy i co posiadamy zależałaby tylko od trwałości, to nic nie byłoby tak naprawdę wartościowe. Bo nic nie jest tak naprawdę trwałe. Również życie i wszystkie jego aspekty. Jeśli ktoś szuka w swoim życiu przede wszystkim trwałości i zda sobie sprawę z nieosiągalności tego pragnienia, może ogarnąć go rezygnacja i smutek. Może się wycofać, poddać i stwierdzić, że nie warto się starać. Gdzieś pod spodem będzie to pewnie efekt wyparcia do nieświadomości złości za to, że nie doświadczyło się stałości, kiedy jej się najbardziej potrzebowało i kiedy takie "absolutne" doświadczenia były możliwe - w dzieciństwie.

 

WALCZENIE ZE ŚMIERCIĄ PRZEZ PRACĘ, MIŁOŚĆ, TWÓRCZOŚĆ, ZABAWĘ

Wiemy, że ostatecznie przegramy ze śmiercią. Z drugiej jednak strony mamy w sobie, jako ludzie, wielką wolę życia. Chcemy odkrywać, kochać, tworzyć. Dlaczego nie wykorzystać więc czasu, jaki mamy, właśnie na życie? Na jak najpełniejsze, jak najbardziej satysfakcjonujące życie? Nie wygrana tu się liczy, bo ona jest niemożliwa, ale sama walka i przyjemność z niej płynąca. Życie to ruch, to emocje i nasze pragnienia, nasze marzenia, to co tworzymy, to co odkrywamy, to relacje z innymi ludźmi. Wszystko to jest przeciwieństwem zimnego, martwego bezruchu, w którym na końcu i tak się znajdziemy. Właśnie ta strategia jest dla nas dobra. Żeby ją zastosować, musimy jednak dopuścić do siebie fakt, że zegar tyka i nie mamy dużo czasu. Co przeżyjemy, to nasze.

Na koniec chciałbym dodać, że wiele osób dodaje skierowanie się ku religii jako sposób na radzenie sobie ze śmiercią. Z jednej strony jest to prawda - nic tak nie uspokoi naszego lęku jak wiara w to, że nie ma się czego bać, bo po śmierci czeka nas dalsze życie. Z drugiej jednak strony uważam, że wszystkie powyższe sposoby radzenia sobie ze śmiercią można przeżywać w "religijnym sosie" i sam element religii nie wpływa na to, czy są one dla nas dobre, czy nie. Możemy na przykład udawać przed sobą, że kontrolujemy sytuację, bo nie grzeszymy i jesteśmy dobrymi ludźmi, albo że Bóg nad nami czuwa i nic nam nie grozi, a gdzieś głęboko paraliżuje nas strach. Albo popaść w wycofanie i marazm, zaprzestać aktywności w oczekiwaniu na śmierć i pójście do Nieba. Można też, przeżywając Boga jako przeciwieństwo śmierci, starać się żyć pełnią życia. Ale religijność to temat na inny wpis.

 

Do zobaczenia za trzy tygodnie!

 

 

 

MNIEJ ZNACZY WIĘCEJ

huberthryc

 

autor tekstu:     IZABELLA LASOCKA

 

Poniedziałek godzina 6:00

Pobudka, szybki prysznic, szybka kawa w biegu.

Potem praca - młyn - maile, telefony, spotkania.

Szybki obiad - jak to smakuje, czy to w ogóle mi smakuje?

Po pracy, spotkanie z doradcą podatkowym, zakupy, odbiór butów od szewca. Znów trzeba przełożyć wizytę u lekarza…

A gdzie moja komórka? Aby na pewno mam zasięg?

Powrót do domu.

Włączam telewizor, chwilę później komputer. Zerkam na film jedząc kolację, żeby niczego nie przegapić. Odpisuję na zaległe maile od przyjaciół, z którymi nie widziałam się od miesięcy - bo przecież nie ma czasu przez to ciągłe zabieganie. Rzeczy w zmywarce, w pralce, szybka analiza kolejnego raportu do pracy, zaległe przelewy. Szybki prysznic. Szybki sen. Praca. Dom. Praca. Dom. Czy to już piątek? Nareszcie odpocznę!

Sobota – Budzę się zmęczona. Czy to już południe? Tyle rzeczy trzeba zrobić, nadrobić, załatwić... Sprzątanie, prasowanie, zakupy, jakiś hamburger w drodze, komputer i… znów zaległości z pracy. W tle słyszę radio - czy lubię ten kawałek? Wieczorem spotkanie ze znajomymi - kolacja, drink, rozmowy o interesach, wzroście cen, kredycie, o innych znajomych. Nareszcie w domu. Czy w ogóle podobała mi się ta knajpa, w której byliśmy? Czy smakowała mi kolacja?

Niedziela - kino. Na pewno chciałam obejrzeć ten film?

Poniedziałek – budzik 6:00 rano. Trudno. Wstaję! Odpocznę w weekend….

 

Gdzie jest sens?

 

Im bardziej się spieszymy tym bardziej jesteśmy spóźnieni…

Im więcej chcemy, tym mamy mniej…

Im szybciej działamy, tym więcej spraw nam zalega…

Żyjemy w ciągłej gotowości, ciągłej czujności. Do mojego gabinetu trafiają osoby, które zostały "zatrzymane" w tym biegu przez własne ciało - nerwica, lęki, depresja. Chcą jak najszybciej pozbyć się objawu - chcą natychmiast wrócić do formy, aby znów móc więcej, szybciej, wydajniej.

 

Pamiętam jak pewna kobieta powiedziała mi, że "kiedy idzie wolniej, widzi więcej". To było kilka lat temu, ale pamiętam te słowa do dziś. Wpisują się one w nurt, który powstał ok. 20 lat temu we Włoszech i jest swego rodzaju alternatywą do życia w ciągłym biegu, pośpiechu – Slow life.

 

Slow life okiem psychologa.

 

To życie "tu i teraz", to delektowanie się życiem. To swego rodzaju świadomość własnych pragnień i uczuć. To świadome dokonywanie wyborów - jak chcę żyć, gdzie, z kim. To decydowanie o tym - co naprawdę jest dla mnie w życiu ważne, to ustalenie własnych priorytetów, systemu wartości i potrzeb. Dzisiejsza kultura narzuca nam w pewnym sensie szybki i konsumpcyjny styl życia. Chcemy więcej - awans społeczny, lepszy samochód, najnowocześniejszy telefon, kolejny kredyt, większy dom. Pozostaje pytanie: czy aby na pewno będziemy mieli czas, żeby się z tego cieszyć? Znam osoby, które osiągnęły to wszystko, ale najzwyczajniej w świecie nie mają czasu na odpoczynek.

Konsekwencją takiego życia jest stres, który zaczynamy czuć coraz bardziej i dotkliwiej. Bóle głowy, kręgosłupa, problemy z żołądkiem, stałe zmęczenie. Nowe obowiązki, zabieganie, natłok myśli sprawiają, że mamy trudności z zasypianiem. Czujemy się coraz gorzej, coraz bardziej zmęczeni, częściej chorujemy. Nasze ciało się buntuje, ale mamy nadzieję, że jeszcze trochę, że damy radę. Oby do weekendu. Często słyszę od swoich pacjentów - "czas przelatuje mi między palcami", "życie stało się jałowe", "coś mnie omija bezpowrotnie". Zapominamy o tym czego tak naprawdę potrzebujemy i do czego. Nasze potrzeby, bez względu na kulturę w jakiej żyjemy zawsze pozostaną te same.

Slow life to stan naszego umysłu, to „wyciskanie” z życia jak najwięcej. Polega na smakowaniu tego co jemy, dbaniu o własne zdrowie, kondycję fizyczną, duchową, o relacje z drugim człowiekiem. To czas na rozmowę z przyjaciółmi, na bycie razem, a nie obok siebie. To wreszcie wyłączenie telewizora po to, by usłyszeć co mówi do nas nasz partner podczas kolacji. Spacer z dzieckiem - zamiast włączenia mu kolejnej bajki. Amerykański lekarz i psychoanalityk John Bowlby badał podstawowe założenia teorii przywiązania, budowania więzi na przestrzeni życia ludzkiego - od dzieciństwa po dorosłość. Teoria ta dotyczy negatywnego wpływu, jaki wywiera na rozwój małego dziecka utrata obiektów znaczących (ojca, matki bądź innego opiekuna) w wyniku nie poświęcania dziecku takiego czasu i uwagi, jakiego ono potrzebuje podczas swojego rozwoju emocjonalnego. Może to mieć wpływ na dalsze życie naszego dziecka. Istnieje ryzyko, że wykształci się w nim jeden z negatywnych stylów przywiązania - dziecko może unikać kontaktu z innymi osobami, bać się utraty bliskich osób czy wreszcie nie ufać innym. Dlatego, tak ważne jest żebyśmy wychowywali swoje dzieci mądrze. Zwolnijmy, spędzajmy razem każdą wolną chwilę.

Ktoś powie – „Slow life to utopia, tak się nie da żyć! Nie w dzisiejszych czasach”. Zgoda. Życie bywa bezlitosne - trzeba na nie zarobić, a nie zawsze lubimy swoją pracę… Czasem musimy wziąć kredyt. Oczywiście, pieniądze mogą pomóc nam w realizacji własnych potrzeb, jednak nie zastąpią nam bliskości z drugim człowiekiem.

Aby żyć slow life nie trzeba rzucać pracy, sprzedawać mieszkania, auta i przeprowadzać się na wieś. To nie jest ucieczka od życia tylko bardziej intensywne i świadome przeżywanie każdego dnia. To szukanie odpowiedzi na pytanie - po co to robię, czy tego chcę? Bo przecież to my decydujemy o tym gdzie, z kim i wreszcie po co – pojedziemy, tym nowym, pięknym autem. To my, decydujemy czy wyłączyć telewizor, gdy nasze dziecko chce się z nami pobawić. Wreszcie, to my określamy swoje podejście do rzeczy materialnych - dlaczego je kupujemy, do czego są nam potrzebne? Idea slow life ma na celu, nauczyć nas żyć zgodnie z naszymi pragnieniami, możliwościami i bez stałego obciążenia, że "znów coś muszę". To właściwie codzienne dokonywanie wyborów i nauka rezygnacji z pewnych rzeczy na korzyść innych - zgodnych z nami, z tym czego potrzebujemy i pragniemy - dzisiaj, tutaj. To odpowiedź na pytanie - co się stanie jak czegoś nie zrobimy, a zamiast tego wybierzemy coś innego? Slow life nie wyklucza ani perfekcjonizmu ani rezygnacji z własnych ambicji, rozwoju, kształcenia. Wręcz odwrotnie - pozwala uporządkować wiele rzeczy, skupić się na wykonywaniu jednej - ale dobrze.

Mniej znaczy więcej - czy to możliwe?

Tak! Mniej przyjaciół, ale za to prawdziwych. Mniej pieniędzy, ale więcej czasu spędzonego z bliskimi.

 

JAK I DLACZEGO ZOSTAĆ PSYCHOTERAPEUTĄ?

huberthryc

 

Z okazji końca lata, który jest czasem porządkowań, planów i podejmowania nowych wyzwań, dziś postanowiłem przybliżyć Wam specyfikę, blaski i cienie drogi zawodowej psychoterapeuty. Z pewnością wielu z Was jest zainteresowanych tym tematem, zastanawia się, czy to coś dla nich i chciałoby się dowiedzieć, jak to wygląda w praktyce.

 

DLACZEGO?

Jeśli chcesz zostać psychoterapeutą, warto zadać sobie pytanie, dlaczego chcesz nim zostać. Ludzie mają różne motywacje i nie ma w tym nic złego, warto jednak mieć ich świadomość. Możesz na przykład chcieć pomagać ludziom. Albo być podziwiany jako mędrzec. Albo zaspokajać swoją ciekawość świata i ludzi. Właściwie wszystko to dostaniesz, ale nie obejdzie bez frustracji.

Psychoterapia rzeczywiście pomaga innym i daje to ogromną satysfakcję i poczucie sensu swojej pracy. Jeśli jednak to jest Twoją główną motywacją, to jesteś na prostej drodze do wypalenia zawodowego - będziesz brał na siebie ciężary pacjentów, próbując za wszelką cenę ulżyć im w cierpieniu, spalał się, a potem boleśnie przeżywał ich porażki.

Jeśli chcesz być współczesnym "mędrcem", to również masz szansę - zdobędziesz wiedzę o życiu i ludziach, która sprawi, że inni będą Cię pytać o rady, a pacjenci będą Cię podziwiać. Będziesz się jednak też zderzał z ogromną frustracją z powodu tego, że jesteś bezsilny - tak wiele rzeczy Cię przerasta i tak wiele nie wiesz. A podziw pacjentów po jakimś czasie może zmienić się w pogardę.

Stosunkowo najbezpieczniejsza wydaje mi się motywacja ciekawości świata i ludzi. W tej pracy trudno się nudzić. Ludzie są w sytuacji terapeutycznej niezmiennie ciekawi. Nawet, jeśli nuda na sesjach się pojawia, to jest ona po prostu mechanizmem obronnym, sposobem ucieczki przed emocjami czy wchodzeniem w relację. Zawsze, kiedy udaje się pod tą nudą znaleźć "prawdziwego" człowieka, można poczuć się jak małe dziecko odkrywające nieznany mu, fascynujący świat.

Wiele osób twierdzi też, że psychoterapeuci zostają nimi, żeby rozwiązywać swoje problemy. Pewnie mają rację. Żeby było śmieszniej - to działa! Ten zawód wiążę się jak mało który z własnym rozwojem. Zdobywamy wiedzę o tym, co jest ważne w życiu i jak to wszystko działa, mamy kontakt z ludźmi, którzy też się tym zajmują, no i sami uczestniczymy w swojej terapii.

 

W JAKI SPOSÓB?

Na pytanie "czego potrzebujesz najbardziej, żeby zostać psychoterapeutą?" jest bardzo prosta odpowiedź. Niestety mało subtelna. Trzeba przede wszystkim mieć dużo pieniędzy. Żeby skończyć kilkuletnie studia podyplomowe, które dadzą nam jakieś pojęcie i uprawnienia, potrzebujecie góry kasy, kolejną górę musicie zorganizować na własną terapię, superwizję, szkolenia, warsztaty, konferencje i certyfikaty. Nie liczcie, że Wam się to szybko zwróci. Jeśli chcecie być psychoterapeutami, musicie traktować pracę przede wszystkim jako swój styl życia, na pewno nie jako źródło wysokiego dochodu.

W tym sensie, zawód ten idealnie wpisuje się w ducha naszych czasów. Coraz więcej uwagi zwraca się dziś na to, żeby praca dawała przede wszystkim satysfakcję i rozwój, pieniądze stawia się na dalszym miejscu.

Czy potrzebne są jakieś szczególne predyspozycje do wykonywania tego zawodu? Przyda się inteligencja, empatia, stabilność emocjonalna. Na pewno nie trzeba być jakimś super-herosem. Dobrymi psychoterapeutami zostają normalni, zwykli ludzie, mający problemy jak wszyscy.

 

JAK?

To, jak wygląda uprawianie tego zawodu w praktyce, zależy oczywiście od tego, gdzie pracujecie - inaczej będzie np. w publicznej służbie zdrowia, inaczej w prywatnej, jeszcze inaczej kiedy prowadzicie samodzielny gabinet, a jeszcze inaczej, kiedy pracujecie w jakimś zespole terapeutycznym. Z pewnością też praca w dużych miastach różni się też od tej w małych miejscowościach.

Poza tymi różnicami jednak, można powiedzieć, że praca psychoterapeuty ma sporo zalet i kilka wad.

ZALETY

Pierwszą zaletą tego zawodu jest rozwój osobisty. Właściwie jesteśmy do niego zmuszeni przez sam fakt tego, że jesteśmy psychoterapeutami. Całe nasze życie zawodowe koncentruje się na poprawianiu jakości życia - znamy mechanizmy, wiemy jak coś działa, zastanawiamy się nad tym, mamy szeroką perspektywę na ludzkie życie w różnych jego momentach. Wiemy, co jest fajne i jak do tego dążyć, a co nie, i jak się tego pozbywać. Mamy świadomość swoich emocji i potrzeb. Rozwiązywanie swoich problemów idzie nam stosunkowo dobrze.

Kolejną zaletą jest to, że jest to praca ciekawa. Od każdego pacjenta dowiadujemy się czegoś nowego o życiu, o ludziach, o tym, co można w życiu robić, jaką można mieć historię rodzinną, jak funkcjonują różni ludzie i środowiska, których w innych okolicznościach nie mielibyśmy szans poznać. Na dodatek nie wchodzimy w te tematy pobieżnie, ale wnikliwie i głęboko. Wiemy często o ludziach rzeczy, których nikt inny nie wie. Znamy tajemnice, które dla nikogo innego nie są dostępne. Nie bez powodu serial "Bez Tajemnic" cieszył się taką popularnością - poznawanie historii ludzi jest naprawdę ciekawe! My, terapeuci, mamy to na co dzień.

Następna zaleta to niestandardowy czas pracy. Oczywiście zależy to od miejsca, gdzie pracujecie, jednak zasadniczo psychoterapia to idealne zajęcie dla tych, którzy nie lubią pracy po osiem godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu. Często pracujemy wieczorami, niektórzy z nas organizują sobie na stałe dodatkowy dzień wolny. Jeśli chcemy, możemy pracować przez kilkanaście godzin tygodniowo, resztę czasu poświęcając na czas wolny, wypoczynek, bycie z bliskimi, opiekę nad dziećmi i inne zajęcia.

Niezależność. W porównaniu z wieloma innymi zawodami psychoterapeuta jest bardzo samodzielny. Oczywiście, niektórzy lubią pracować w zespołach i dzielić się zadaniami oraz odpowiedzialnością. Niektórzy lubią też wypełniać polecenia, a nie samemu stawiać sobie cele. Ale wielu innych tęskni za pracą, w których sami będą podejmować decyzje i brać odpowiedzialność za to, za co naprawdę są w stu procentach odpowiedzialni, czyli za przebieg i wynik terapii oraz relację z pacjentem. Trochę inaczej wygląda to w publicznej służbie zdrowia, ale tu też nie ma dużo powodów do narzekania.

Satysfakcja. Niektórzy twierdzą, że wadą psychoterapii jako zawodu jest niekonkretność naszych działań, celów i środków do ich osiągnięcia, brak mierzalności wyników naszej pracy i że to, co robimy, jest tak rozmyte, że ciężko to w ogóle nazwać pracą. Pewnie zmieniliby zdanie, widząc to, co my widzimy w gabinetach - jak bardzo ludzie zmieniają się na pod wpływem psychoterapii. Daje to ogromną satysfakcję i poczucie, że robi się coś ważnego, a także skutecznego i bardzo konkretnego - niejednokrotnie bardziej niż niejedna praca, której wynik da się dokładnie zmierzyć.

WADY

Konieczność regularności. Większość rodzajów terapii wymaga bycia co tydzień w tym samym miejscu o tej samej porze. Zapomnijcie o spontanicznych wyjazdach, kupowaniu biletów last minute czy urlopach na żądanie. Nawet Wasze spóźnienia stają się sporym problemem, ponieważ pracujecie według ścisłego, godzinowego kalendarza.

Potrzeba bycia dostępnym. Ta cecha zawodu psychoterapeuty dla wielu osób może być jego największą wadą. W większości innych zawodów, kiedy zachorujemy lub z jakiegoś innego powodu nie możemy danego dnia pojawić się w pracy, ktoś może nas zastąpić. Czy jest to nauczyciel języka, instruktor jogi, czy nawet lekarz albo adwokat. W przypadku psychoterapeuty - musicie być dostępni. Jednym z głównych czynników leczących w terapii jest relacja. Choćbyście nie wiem jak szczegółowo przekazali komuś wiedzę na temat pacjenta, to nie zastąpi ona relacji z Wami. Relacji, która ma jakąś dynamikę, wzbudza jakieś emocje, tworzy się w niej jakaś więź.

Ciężar emocjonalny. Wbrew pozorom większą część zawodowego czasu wypełniają psychoterapeutom przyjemne emocje związane z uczestniczeniem w pozytywnych zmianach w życiu pacjentów. Nie da się jednak zapomnieć, że towarzyszymy pacjentom też w bólu, smutku, lęku, frustracji, wściekłości, rozpaczy. Często emocje te mają dla pacjentów taki ciężar, że zostają głęboko "zakopane" i dopiero w trakcie terapii wydostają się na wierzch. Jako terapeuci czujemy ten ciężar. Wtedy wracamy do domu po prostu wyczerpani. Nie uważam tego jednak za jakąś znaczącą wadę, bo zawód ten zdecydowanie częściej daje nam "powera", niż go zabiera.

 

"NO DOBRA, ALE KONKRETNIE - JAK SIĘ DO TEGO ZABRAĆ?"

- spytacie zapewne. Nic prostszego, oto poradnik krok po kroku. W zależności od okoliczności poszczególne punkty mogą oczywiście mieć poprzestawianą kolejność, inną treść, albo może ich nawet nie być.

1. Zastanowić się, czy na pewno to chcecie w życiu robić i dlaczego (punkt ten będziecie powtarzać regularnie przez najbliższe kilka lat)

2. Pójść na studia wyższe, najlepiej psychologiczne albo medyczne o specjalizacji psychiatrii, (inne też często mogą być - jest to ułatwienie dla osób, które postanowiły zostać psychoterapeutami w trakcie lub już po ukończeniu studiów, a takich osób nie brakuje);

3. W trakcie studiów szukać staży, praktyk itp. w obszarach związanych z psychoterapią, np. oddziałach psychiatrycznych, poradniach zdrowia psychicznego, ośrodkach interwencji kryzysowej, różnych fundacjach, ośrodkach prywatnych itp.;

4. Skończyć studia z tytułem magistra;

5. Przygotować się (lub współmałżonka, ewentualnie rodziców) na wydatki związane z opłatami za 4-letnie studium podyplomowe, własną terapię, superwizję itp.;

6. Wybrać studia podyplomowe, kierując się tym, jaki nurt psychoterapii nam odpowiada oraz tym, czy mają rekomendację jakiejś poważnej instytucji, np. Polskiego Towarzystwa Psychologicznego lub Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego (z biegiem lat jest to coraz ważniejsze, np dla NFZ; stanie się jeszcze ważniejsze, jeśli kiedyś wejdzie zapowiadana od wielu lat ustawa o zawodzie psychologa);

7. Znaleźć pracę w obszarze związanym z pomaganiem, gdzie możliwe będzie prowadzenie psychoterapii (patrz punkt 3);

8. Rozpocząć studia podyplomowe;

9. Rozpocząć własną terapię;

10. Pod koniec studiów podyplomowych zastanowić się, co dalej - możliwości zawodowe nieco się poszerzą i będzie już można np. poszukać pracy na lepszym stanowisku psychoterapeuty w państwowej służbie zdrowia lub rozejrzeć się za możliwościami pracy w prywatnych ośrodkach (uwaga, założenie własnego gabinetu niesie ze sobą spore ryzyko, że się nie uda - potem nie mówcie, że Was nie ostrzegałem);

11. Zakończyć studia podyplomowe;

12. Osadzić się w zawodzie, pracować, szkolić się cały czas, przede wszystkim dużo superwizować, a także dbać o własny rozwój osobisty;

13. Po kilku latach można przejść do kolejnych etapów - uzyskania certyfikatu psychoterapeuty jakiejś poważnej instytucji (patrz punkt 6), a następnie, znów po kilku latach - certyfikatu superwizora. Wymaga to spełnienia szeregu warunków, które dostępne są na stronach tych intytucji;

14. Powtarzać punkt 12 bez końca.

 

Ciekaw jestem, czy ten wpis rozjaśnił Wam nieco obraz, może z czymś się nie zgadzacie, czujecie niedosyt, a może macie jakieś pytania?

 

Do zobaczenia za trzy tygodnie!

 

DLACZEGO NIE JESTEŚMY SZCZĘŚLIWI I JAK SOBIE Z TYM RADZIĆ

huberthryc

 Na dobry, nowy początek zajmijmy się odpowiedzią na odwieczne pytanie ludzkości.

Co to jest "szczęście"? Jest to prawie tak trudne jak zdefiniowanie "miłości". Zasadniczo definiuje się je na dwa sposoby:

1. jako euforię, przyjemność;

2. jako spokój i spełnienie, zadowolenie z życia.

Ja jestem bliżej tej drugiej definicji. Ostatecznie wszystko sprowadza się do emocji - do tego przyjemnego "poczucia szczęścia", do momentu, w którym czujemy: "tak, czuję się szczęśliwy". To specyficzny stan, mieszanina spokoju ducha, przyjemności, poczucia sensu, spełnienia. Jak zobaczycie poniżej, takie zdefiniowanie szczęścia wcale nie jest jego redukowaniem. Wszystkie wielkie i wzniosłe rzeczy, które przychodzą nam do głowy, gdy myślimy o byciu szczęśliwym, wywołują na końcu właśnie tę emocję. To ona jest sygnałem, że "jesteśmy w domu".

Na pytanie "jak być szczęśliwym" nie ma prostej odpowiedzi. Na pewno nie ma jednej, wyczerpującej recepty na szczęście. "Pij 1,5 litra wody dziennie i będziesz szczęśliwy", albo "codziennie wstawaj o 7:00", albo "biegaj", albo "miej dużo pieniędzy, władzy i seksu". Wielu próbowało ją znaleźć, ale nie tędy droga. Są różne rzeczy, które sprawiają, że jest nam lepiej lub gorzej. Suma tych rzeczy tworzy szczęście, jego brak lub coś pomiędzy. Można to sobie wyobrazić jak grę planszową, karcianą, RPG albo teleturniej, w której zbieramy punkty szczęścia - dodatnie i ujemne.

Skąd wziąć te punkty? Dlaczego nie jesteśmy szczęśliwi?

Ważnym elementem tego, żeby czuć się dobrze, jest świadomość i przepływ emocji.

Emocje to reakcja organizmu na to, co dzieje się na zewnątrz nas (albo, żeby bardziej skomplikować - raczej na to, co się dzieje w nas w reakcji na to, co na zewnątrz). Smutek po stracie. Złość, kiedy nam coś nie pasuje i chcielibyśmy, żeby było inaczej. Przywiązanie, jeśli chcemy z kimś spędzać czas. Itp. I teraz uwaga - na to, jakie przeżywamy emocje, nie mamy ostatecznie wpływu! Nie można mówić: "nie złość się", albo "nie bój się". Nie da się tak na zawołanie! Próba tłumienia swoich emocji powoduje, że jesteśmy nieszczęśliwi! Dostajemy wtedy ujemne punkty szczęścia. Przepływ daje nam punkty dodatnie.


Schemat przepływu emocji:

1. coś się dzieje

2. emocja

3. świadomość i akceptacja tych dwóch rzeczy

4. wymyślenie tego, jak spełnić potrzebę (biorąc pod uwagę różne, czasem sprzeczne, potrzeby i emocje)

5. działanie

6. 100 punktów do szczęścia

 
Brak przepływu : 

1. coś się dzieje

2. emocja

3. udajemy, że jej nie ma, wypieramy lub próbujemy się zmusić do jej nie przeżywania lub przeżywania innej lub udajemy, że nic się nie dzieje

4. brak zaspokojenia potrzeby i brak przepływu emocji, czyli "kiszenie się z nią"

5. minus 100 punktów do szczęścia

 
Emocje mówią nam o tym, czego potrzebujemy. Nie my im mówimy, tylko one nam! Nie wymyślimy sobie tego, czego potrzebujemy - my to czujemy. Możemy być tego świadomi, być świadomi dlaczego tak jest i wymyślić dopiero, jak spełnić tą potrzebę. Jak często próbujemy robić odwrotnie! Próbujemy narzucać sobie, że będziemy coś czuć, czegoś potrzebować. Jeśli ignorujemy swoje emocje rozmijamy się wtedy zupełnie z samymi sobą i jesteśmy nieszczęśliwi (znów dostajemy złe, ujemne punkty szczęścia).

Świat własnych potrzeb wcale nie jest łatwy do odkrycia. Zazwyczaj ukryte są one za murem oczekiwań innych osób, poczuciem powinności, poczuciem, że coś trzeba, albo czegoś nie można. Często też ukryte są za fałszywymi, często nieświadomymi, skojarzeniami. Na przykład ktoś może być przekonany, że jego potrzebą jest osiąganie sukcesów i pnięcie się w górę po szczeblach kariery. Robi to, nawet nieźle mu idzie, ale zamiast szczęścia odczuwa frustrację i zmęczenie. Kiedy przyjrzy się temu bliżej, okaże się, że jego potrzebą jest tak naprawdę akceptacja ze strony innych. Coś, czego nie dostaje wzamian za osiągnięcia. I jest nieszczęśliwy.

Często trudno nam zaakceptować nasze potrzeby. Gdzieś w głebi duszy czujemy, że chcemy mieć dom na wsi i hodować owce, ale jakaś część nas nie jest w stanie tego uznać, broni się przed tą potrzebą i dewaluuję ją, jak tylko może. Ale to nie daje nam szczęścia.

Potrzeby dotyczą nie tylko wielkich, życiowych tematów. Są też drobne codzienne potrzeby, równie warte naszej uwagi. Z różnych powodów często stawiamy je na ostatnim miejscu, po potrzebach naszych bliskich, wyobrażonych powinnościach i obowiązkach itp. Niesłusznie. Nasze małe dziecko jest dla nas bardzo ważne i chcemy dla niego jak najlepiej - ale czy naprawdę musimy sobie za każdym razem odmawiać chwili dla siebie, żeby z nim pobyć? Nawet jeśli jesteśmy już zmęczeni, a nasz partner/partnerka/ojciec/mama/przyjaciel proponuje, że tego wieczoru chętnie nas wyręczy? Jasne, czasem nie da się inaczej i trzeba zadbać o innych zamiast o siebie. Ale często się da. Jeśli jesteśmy świadomi swoich potrzeb, będziemy szukać okazji, żeby je spełnić. Jeśli nie, stoczymy się w dół frustracji i zmęczenia, zbierając kolejne ujemne punkty szczęścia.

Jeszcze jedno - bardzo często nasze potrzeby są sprzeczne. Chcemy mieć jednocześnie dużo wolnego czasu dla przyjaciół i nie stresować się pracą, a z drugiej strony mieć dużo pieniędzy i prestiż wynikający z dobrego, wysokiego stanowiska. Albo, prościej, chce nam się jednocześnie wieczorem pobawić z przyjaciółmi i wyspać się (życzę Wam właśnie takich życiowych dylematów!). Nie da się. Często nie da sie tego pogodzić i będziemy nieuchronnie frustrować nasze potrzeby, spełniając inne. Kluczem jest świadomość i wytrzymywanie w napięciu wynikającym z tych sprzeczności. Wtedy możemy wybrać to, czego naprawdę w danej chwili najbardziej chcemy.

Szczególnie nielubianą i odrzucaną emocją jest złość.

Duża część osób, które trafiają do psychoterapeutów z depresją, zmaga się z nią z powodu wypierania i tłumienia złości. Dla wielu osób jest to prawdziwym zaskoczeniem. Związek między depresją a złością jest jednak bardzo silny.

Złość nie ma najlepszej sławy. Nawet jej nazwa sugeruje, że jest to "zła" emocja. Tymczasem jest to jedna z najbardziej pozytywnych i potrzebnych emocji w naszym życiu. Złość jest reakcją organizmu na to, że coś nam nie pasuje i chcielibyśmy inaczej. Polega na mobilizowaniu organizmu do aktywności - zwiększa tętno, przyspiesza bicie serca, wyostrza zmysły, powoduje większe napięcie mięśni. Ma to swoją funkcję - daje nam energię, motywację do tego, żeby działać. Złość jest siłą, energią do działania, do bycia skutecznym, do tworzenia. 

Tymczasem bardzo wiele osób stara się jej w ogóle nie odczuwać. Jako dzieci słyszały "nie złość się", uważają złość za coś, co niszczy, przeszkadza, jest niebezpieczne.

A więc - podcinają sobie skrzydła.

Odcinając się od złości, odcinamy się od siły, poczucia wpływu, motywacji do zmian, od witalności. Zostajemy w bezruchu, marazmie i poczuciu braku wpływu. Żeby tego było mało, nie da się tak całkiem "usunąć" złości. Można co najwyżej "udawać" przed samym sobą, że jej się nie odczuwa. Ona zostaje w nas w postaci powolnej trucizny. Powoduje napięcie, frustrację, depresję i ujemne punkty szczęścia.

Złość jest fajna. Kochajmy złość!

Lęk jest kolejną nieprzyjemną, ale bardzo przydatną emocją. Daje on sygnał i motywację do ucieczki. Jego przydatność polega na szybkim kojarzeniu bodźca z reakcją. Jeśli nasi przodkowie widzieli tygrysa szablozębnego, nie musieli analizować sytuacji, żeby dojść do wniosku, że trzeba się schować lub uciekać. Po prostu tygrys budził w nich lęk, wiedzieli, że tygrys równa się niebezpieczeństwo. Od razu działali lub np. nieruchomieli. Nie zbliżali się. Uczyli się tego już jako dzieci. Ratowało im to życie.

Dziś działa to podobnie. Co prawda tygrysy szablozębne wyginęły, ale mechanizm lęku się nie zmienił. Uczymy się, że coś jest niebezpieczne i wtedy lęk nas powstrzymuje, zawraca, paraliżuje. Widać to bardzo dobrze np. kiedy po wypadku samochodowym chcemy znów wsiąść do samochodu. Mimo, że do tej pory nie mieliśmy z tym żadnych problemów, tym razem odczuwamy silny lęk. Na ogół jest on do przezwyciężenia, ale często jeszcze długo potem siedząc w samochodzie lub zbliżając się do niego gdzieś z tyłu głowy będziemy odczuwać niepokój.

Jak wcześniej pisałem, często jako dzieci uczymy się różnych "prawd o świecie", schematów, które potem mogą nam bardziej przeszkadzać niż pomagać. Najgorzej jest własnie z lękiem. Z samej jego istoty wynika, że jest to silna, bezwarunkowa, wyuczona reakcja. W swoim młodym życiu możemy nauczyć się bać właściwie wszystkiego. I to nie tylko wysokości, myszy, psów czy ciemnych pomieszczeń, ale także swoich emocji, zależności od innych, bliskości, braku kontroli nad otoczeniem, odpowiedzialności, oceny innych, konfliktów itp.

Lęk jest na poziomie fizjologicznym silną reakcją gałęzi współczulnej naszego ośrodkowego układu nerwowego. Mobilizuje mięśnie do zwiększonego napięcia, krew do szybszego krążenia, serce do szybszego bicia, płuca do szybszego oddechu, wyostrza zmysły, przyśpiesza trawienie poprzez zwiększenie wydzielania soków trawiennych w żołądku. Coś, co rzeczywiście jest przydatne przy uciekaniu od tygrysa szablozębnego. Gdy już się przed nim ukryjemy, nasz stan powoli wraca do normy i nadmiernie eksploatowany organizm zaczyna się regenerować.

Problem powstaje wtedy, kiedy zamiast tygrysa jako źródło lęku wstawimy np. brak kontroli nad otoczeniem. Lęk mobilizuje nas do utrzymywania ciągłej kontroli, ale w praktyce jest to niemożliwe. Więc jesteśmy w ciągłym napięciu, niepokoju, nie śpimy, mamy spłycony oddech, wali nam serce, boli brzuch. Albo kiedy boimy się bliskości, jednocześnie (tak, jak każdy człowiek!) bardzo jej pragnąc. Z jednej strony dążymy do tego, by być z kimś blisko, z drugiej by od tego uciec. Huśtawka bez trzymanki. I - do momentu wyrwania się z tego zaklętego kręgu - bez wyjścia.

Wszyscy znamy przysłowie, że pieniądze szczęścia nie dają, a jednak większość z nas czuje, że mają one jakiś z nim związek. Dzieje się tak dlatego, że brak pieniędzy powoduje w nas lęk przed brakiem bezpieczeństwa. Zadbanie o napełnienie portfela do poziomu zapewniającego nam możliwość utrzymania się, przeżycia, rozwoju i względnej "normalności" jak najbardziej sprzyja więc byciu szczęśliwym.

Człowiek nigdy nie czuje się szczęśliwy, dopóki czuje lęk. Najpierw szukamy uspokojenia lęku, dopiero potem możemy czuć się dobrze. Jeśli uspokojenie nie przychodzi, choć byśmy nie wiem jak się starali, nie będziemy szczęśliwi.

Jak już wiecie z tego wpisu, zarówno lęk, jak i złość mogą być nieświadome. Innymi słowy nie zawsze jest tak, że kiedy nam się wydaje, że się nie boimy, to się rzeczywiście nie boimy. Jeśli czujemy napięcie, to znaczy, że choćbyśmy nie wiem jak się przed tym bronili, gdzieś pod spodem mamy w sobie lęk.

Kolejną emocją, która przeszkadza nam być szczęśliwymi, jest smutek. Smutek bierze się ze straty - odczuwamy go, kiedy tracimy coś, co było dla nas ważne. Smutek idzie w parze z bezradnością - gdyby jej nie było, wtedy czulibyśmy złość, która mobilizowałaby nas do zmiany. Smutek czujemy wtedy, kiedy ta zmiana - przynajmniej według nas - nie jest możliwa.

Największym źródłem smutku jest śmierć bliskich osób. Jest to najbardziej stresujące wydarzenie w życiu człowieka, łączące się zwykle z ogromnym psychicznym cierpieniem. Jednocześnie każdy z nas je przeżył, albo kiedyś przeżyje. Być może znacie to uczucie bezsensu i pustki, jakby ktoś nam wyrwał kawał nas samych i nie dał nic w zamian

Oczywiście nie jest to stan, który sprzyja poczuciu szczęścia. Dodatkowo - w odróżnieniu od poprzednio opisywanych złości i lęku - nie mamy żadnego wpływu na sytuację, która go spowodowała.

Czy w sytuacji straty, żałoby możemy coś zrobić, żeby poczuć się lepiej? Bardzo często próbujemy. To naturalne, że chcemy, żeby ten stan minął jak najszybciej, żebyśmy już nie czuli tych wszystkich strasznych rzeczy. Próbujemy "wziąć się w garść", zmusić do tego, żeby nie czuć smutku, na siłę o nim zapomnieć, wyrzucić z głowy lub przynajmniej udawać, że go nie ma. Niestety, nie tędy droga. Jak zwykle - smutek i pustka zostają w nas, tyle że w nieświadomości. "Schowanie" tych emocji wcale nie sprawia, że stajemy się szczęśliwsi.

Gdy jesteśmy smutni po stracie, możemy zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze, pozwolić sobie na przeżywanie tej emocji. To boli, ale będzie bolało krócej, jeśli się odważymy poczuć ten ból. Po drugie, potrzebny jest czas. Reakcja po stracie bliskiej osoby ma swoją dynamikę i potrzeba czasu, żeby rana się zagoiła. Z czasem boli coraz mniej, ale gojenie się może trwać nawet wiele lat. To normalne. Po trzecie, możemy zadbać o swoje szczęście na innych frontach.

...Na przykład uprawiając sport. Jeśli chcecie mieć dużo dodatnich punktów szczęścia, potrzebna jest Wam aktywność fizyczna. Związane jest to z tym, że nasze dobre samopoczucie - czy to euforia, czy to przyjemność, czy to spokój, zależy od składu chemicznego naszego układu nerwowego, a ten w dużej mierze można zmieniać za pomocą aktywności fizycznej. Sport powoduje też zwykle rozluźnienie mięśni, co z kolei zmniejsza lęk. Każdy, kto regularnie ćwiczy potwierdzi, jak wielki ma to wpływ na poczucie szczęścia.

W ogóle poziom różnych substancji w naszym układzie nerwowym ostatecznie decyduje o tym, jak się czujemy. W byciu szczęśliwym pomagają nam endorfiny, serotonina, dopamina, oksytocyna. Na przykład lęk zmniejsza poziom niektórych z tych substancji i odwrotnie, ich niski poziom zwiększa lęk. Sport zwiększa poziom dopaminy, a przytulanie zwiększa poziom oksytocyny. Czasem jeśli jesteśmy nieszczęśliwi, to warto zgłosić się do psychiatry. Serio. Przepisze wam pigułki, które na przykład wpłyną na poziom serotoniny, i będziecie mieli kilka punktów szczęścia więcej. Wielu ludzi uważa to za złe "faszerowanie się chemią", jednak znam zbyt dużo osób, które dzięki antydepresantom mogły wydobyć się z czarnej dziury nieszczęścia, żeby podpisać się pod takim myśleniem.

Pozostając w temacie "substancje chemiczne a szczęście", trzeba wspomnieć też o alkoholu i innych środkach zmieniających świadomość. Zasadniczo jest to temat na oddzielny wpis, ale najprościej mówiąc - w długim terminie zmniejszają one w naszym organiźmie poziom substancji dających nam szczęście. Alkohol udepresyjnia i czyni nas nieszczęśliwymi, choćbyśmy nie wiem, jak chcieli, żeby było inaczej.

Kolejną rzeczą, która daje nam punkty szczęścia, są bliskie relacje. Samotność powoduje, że jesteśmy nieszczęśliwi. A więc - "Łączmy się w pary, kochajmy się"! Ludzie rodzą się z wrodzoną potrzebą bliskości. Bliskość innych ludzi to jest to, czego każdy pragnie i potrzebuje. Wielu z nas boi się bliskości, bo na skutek różnych doświadczeń z ludźmi kojarzą ją z możliwością zranienia. Innymi słowy, bliskość staje się dla nich tym złym tygrysem, który budzi lęk. I jasne, rozumiem. Można się bać, że jak zaangażujesz się w związek z tym gościem, to stracisz 2 lata życia, a potem on Cię zostawi dla młodszej, a w Tobie zostanie bolesna pustka. I będzie strasznie bolało. Strrrasznie. Ok, to możliwe. Ale może jednak warto zaryzykować? Brak bliskich osób i niemożność przytulenia się do kogoś, uzyskania wsparcia, pobycia z kimś, zaufania to naprawdę dużo ujemnych punktów szczęścia. Samotność boli.

Są oczywiście toksyczne relacje i związki, które z bliskością nie mają wiele wspólnego i one też unieszczęśliwiają, ale spoko - jak będzie przepływ emocji, to nie będziecie wchodzić w takie związki na długo, bo będziecie wkurzeni. I nie będziecie tłumić tej złości. I zrobicie coś, żeby zmienić to, co wam nie pasuje.

I na koniec - Sens życia.

Tak - oprócz tego, że przeczytaliście właśnie, jak być szczęśliwym, to teraz wyjawię Wam, jaki jest sens życia. Na początek, dla porządku - gdy nasze życie ma sens dostajemy baaardzo dużo punktów szczęścia, a gdy go nie ma, tracimy ich równie dużo.

Wyżej pisałem o tym, że ludzie próbują narzucić sobie emocje, zamiast je odkrywać. A emocji nie można sobie narzucić, nie można ich sobie zaprojektować - one po prostu są i od tego, czy je odkryjemy, zależy to, czy będziemy szczęśliwi.

Otóż, z sensem życia jest dokładnie odwrotnie.

Ludzie czują, że go nie mają i go potrzebują i próbują ODKRYĆ, jaki jest PRAWDZIWY sens życia. Nie mogą go znaleźć. Tymczasem sens jest czymś, co możemy wymyślić, zaprojektować i NADAĆ życiu sens. Nie powiem Wam JAKI on ma być. Życie ma sens tylko wtedy, kiedy to MY GO MU NADAMY. I każdy sens będzie dobry, jeśli to będzie sens nadany przez nas. Nikt nam nie może go narzucić, bo wtedy nie będzie punktów szczęścia. Dostajemy je tylko za to, co sami wymyślimy, co jest dla nas wartościowe, co dla nas jest tym sensem.

To by było na tyle, jeśli chodzi o szczęście.

Jeśli czytając myśleliście: "Brzmi dobrze, ale może się nie udać, bo to wszystko nie jest takie proste", to prawdopodobnie macie rację. I to jest właśnie moment, w którym warto zainteresować się psychoterapią. Psychoterapia jest po to, żeby przedzierać się przez gąszcz blokad które sprawiają, że mimo iż wiemy, co nam daje szczęście, to po nie nie sięgamy. Te blokady nie pozwalają nam zobaczyć naszego lęku, poczuć i zaakceptować swoich emocji, przyjrzeć się, co utrudnia nam zbliżanie się do ludzi, zrozumieć dlaczego czasem chcemy jednego a robimy drugie.

Zapraszam do komentowania, również na facebooku

Do zobaczenia za trzy tygodnie!

REAKTYWACJA BLOGA!

huberthryc

 

Z przyjemnością ogłaszam, że "Wiedza Tajemna" po długiej przerwie wraca z nową jakością!

 

Kilka rzeczy się zmieni:

 

1. Wygląd. Ale to już widzicie. Jak Wam się podoba?

 

2. Tematyka. Będzie nadal o psychoterapii, ale nie tylko. Otwieramy się na wszelkie tematy zahaczające o psychologię.

 

3. Autorzy. Pozostaję głównym autorem i redaktorem bloga, ale zapraszam do współpracy inne osoby - przede wszystkim związane, tak jak ja, z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Będą się tu ukazywać wywiady z nimi oraz artykuły ich autorstwa.

 

4. Regularność. Nowy wpis co trzy tygodnie.

 

Pomysłów na wpisy jest dużo, ale najciekawiej będzie, jeśli będziecie mi przesyłać własne pomysły i inspiracje! Dlatego podaję mój adres e-mail:

huberthryc (tu wstaw małpę) wp.pl

 

Do zobaczenia za trzy tygodnie!

KOCHAĆ - JAK TO ŁATWO POWIEDZIEĆ

huberthryc

Miłość między dwojgiem ludzi nadaje życiu więcej koloru, emocji i rumieńców niż cokolwiek innego. Także dlatego, że chyba nigdy to, co się dzieje w miłości nie przebiega zgodnie z planem ani logicznym namysłem. Wielu próbuje opisać mechanizmy rządzące związkami, ale nadal najcelniej opisują je poeci. Dlaczego? Bo duża część miłości to gra nieświadomych emocji i potrzeb.

Wiem, że rozumienie miłości jako gry nieświadomych procesów w umysłach dwojga ludzi nie wyczerpuje tematu. Nie mam ambicji opisać zjawiska związków miłosnych w sposób wyczerpujący - to chyba zbyt skomplikowane, by udało się komukolwiek. Miłość zawsze jest i będzie "czymś więcej". Jednak spojrzenie na nią z perspektywy nieświadomości rzuca dużo światła na to, jak to wszystko działa.

Po pierwsze, najpierw musimy się zakochać - zauroczyć, zainteresować, zwrócić na kogoś uwagę. Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego jedni ludzie nam się podobają, a inni nie? Proste pytanie? Nie do końca. Łatwo nam odpowiedzieć - był przystojny, dobrze się z nią czułem, dawał mi poczucie bezpieczeństwa, była inteligentna, miał świetne poczucie humoru. Dopiero głębsze zastanowienie się każe dojść do wniosku, że to nie są wyczerpujące odpowiedzi. Inni również mieli te cechy, a jednak nie było tej "chemii", "tego czegoś". 

Psychologia próbuje odpowiedzieć na pytanie, czym jest ta "chemia". Niektórzy twierdzą, że jest jakiś uniwersalny zestaw cech, które czynią kobietę i mężczyznę bardziej atrakcyjnym i pożądanym. Są to cechy mające być gwarancją sukcesu reprodukcyjnego - posiadania potomstwa i możliwości wychowania go w jak najlepszych warunkach. 

To jest jednak tylko pierwsza warstwa. Jak wytłumaczyć to, że różni ludzie zakochują się w różnych osobach? Pójdźmy jeszcze dalej. Załóżmy, że mamy osobę, kobietę, nazwijmy ją Hanna. Poznaje ona dwóch mężczyzn - Zbigniewa i Józefa. Hanna stawia sobie pytanie, czy warto wiązać się ze Zbigniewem. Dodaje wszystkie plusy i minusy, wkłada duży intelektualny wysiłek, żeby przewidzieć, co może zyskać a co stracić na tym związku. Wychodzi jej, że nie ma to sensu. Zbigniew nie rokuje jako partner - jest np. leniem, egoistą, nie dba o siebie itp. To samo pytanie Hanna stawia sobie w odniesieniu do Józefa. Dochodzi do wniosku, że Józef będzie dobrym partnerem - jest zdrowy, wysportowany, inteligentny, zaradny, opiekuńczy.

I co? Domyślacie się? Tak - Hanna wybiera Zbigniewa. Bo nie mogła przestać o nim myśleć i miał on "to coś". Na pewno sami znacie mnóstwo takich historii.

"To coś" to nie żadna magia. To ukryte nieświadome kryteria, którymi się kierujemy, nie zdając sobie sprawy z ich istnienia. Często są one sprzeczne z kryteriami "logicznymi", którymi świadomie staramy się kierować. Emocje wynikające z nich są na ogół bardzo silne i nieraz to one decydują, komu decydujemy się powierzyć dużą część swojego życia. Często osoby, które przeżyły wiele nieudanych związków i za każdym razem próbowały wiązać się z partnerem, który byłby inny od poprzedniego, odkrywają ze zdziwieniem na terapii, że wszystkich tych partnerów łączy jedna wspólna cecha, której istnienia do tej pory nie zauważały.

Skąd się więc bierze "to coś" w naszej nieświadomości? Jak zwykle - z wczesnego dzieciństwa. Mechanizmy jego powstawania, a także treść, mogą być bardzo różne i trudno przedstawić schemat obejmujący nas wszystkich. Żeby zrozumieć, o co chodzi, możemy wyobrazić sobie, że mamy w sobie pustkę, która powstała w dzieciństwie i nieświadomie liczymy, że to właśnie partner tę pustkę zapełni. Chcemy, żeby partner dał nam absolutne zrozumienie, poczucie bezpieczeństwa, albo inspirację, energię do działania, żeby uwielbiał nas ponad wszystko itd. Nieświadomie wybieramy takich partnerów, co do których wydaje nam się, że są w stanie spełnić te potrzeby.

Niestety, nie są w stanie. I zaczynamy dostrzegać to, kiedy mija etap zakochania. To co się dzieje dalej, nazwałbym tańcem nieświadomych pragnień, oczekiwań i frustracji. Żeby było ciekawiej, na ogół okazuje się, że partner, który miał nam np. zapewniać poczucie bezpieczeństwa, oczekuje od nas tego samego, bo sam nie czuje się bezpiecznie. Nasze pierwsze wrażenie okazuje się całkowicie sprzeczne ze stanem faktycznym, a nasze oczekiwanie niemożliwe do spełnienia. "Druga połówka" przeżywa to samo w stosunku do nas. Oczywiście nie musi się to zawsze kończyć nieszczęściem i rozstaniem, ale zawsze powoduje napięcie, złość i nieporozumienie.

OK - Jak z tego wyjść? Czy da się być szczęśliwym w związku?

Tak. Jednym z warunków, żeby to się udało - choć wcale nie prostym do spełnienia i często wymagającym żmudnej terapii i pracy nad sobą - jest pozwolenie sobie na widzenie partnera takim, jakim jest naprawdę, a nie przez pryzmat naszych własnych potrzeb, oczekiwań i frustracji. Jeszcze trudniejsze jest spojrzenie w ten sposób na siebie i zrozumienie, że nikt nie wypełni tej pustki, którą odczuwamy, lepiej niż my sami. Zrozumienie, że zawsze pozostanie w nas pewien niedosyt i partner nie będzie naszym "zbawcą", nie naprawi nam świata - nie ma w nim takiej mocy.

Ludzie, którzy liczą, że ich partner zapełni w nich pustkę, łączą to często z przekonaniem, że tylko on może to zrobić, a więc jest im niezbędny, "nie mogą bez niego żyć". Takie osoby nie wyobrażają sobie rozstania, jawi im się ono jako koniec świata. Paradoksalnie, dojście do przekonania, że "nie potrzebuję go" jest bardzo korzystne dla związku. Prowadzi do wniosku, że "skoro z nim jestem, to nie dlatego, że muszę z nim być, ale dlatego, że chcę". Inna sprawa, jak taką zmianę odbierze druga strona, która przez lata była przyzwyczajona do bycia niezbędnym i niezastępowalnym. Będzie musiała jakoś dostosować się do nowej sytuacji.

Pewnie myślicie sobie, że łatwo mi wypisywać te wszystkie złote myśli, ale życie tak naprawdę nie jest takie proste. Macie rację. Przecież nie wystarczy stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie: "Od tej chwili będę myślał i czuł co innego niż przedtem", żeby tak się stało. Żeby rozsupłać te wszystkie węzły potrzeba niekiedy długiej, żmudnej terapii. Dodatkowo sprawdza się tu zasada, że całość jest czymś więcej niż sumą części. Nawet, jeśli ktoś dojdzie do wewnętrznej równowagi, będzie znał swoje emocje, potrzeby i będzie wiedział czego chce, to nie wystarczy, żeby związek był udany - partner może mieć zupełnie inny pomysł na to, jak ma to wszystko wyglądać, może nie chcieć nic zmieniać, albo zmieniać się w zupełnie inną stronę. Dlatego właśnie miłość, choć może dawać niezwykle dużo radości i satysfakcji, nigdy nie będzie konstrukcją całkiem stabilną, dającą się przewidzieć i okiełznać.

"ŻYJ WYSTARCZAJĄCO DOBRZE" - RECENZJA KSIĄŻKI

huberthryc

 Książka „Żyj wystarczająco dobrze” urzekła mnie swoim tytułem. Zgadza się on z moją wizją tego, czym jest psychoterapia i szerzej, czym powinno być w ogóle życie. Nawiązuje on do koncepcji „Wystarczająco Dobrej Matki” D.Winnicota. W skrócie - mówi ona o tym, że dziecko do prawidłowego rozwoju psychologicznego i emocjonalnego potrzebuje więzi z matką, która będzie go akceptowała i dawała mu poczucie bezpieczeństwa. Nie ma jednak szans na posiadanie „Idealnej Matki”, gdyż takie po prostu nie istnieją. Wszyscy popełniamy błędy, a także – przyznajmy – nie zawsze jesteśmy pełni nieograniczonej, bezwarunkowej akceptacji dla swoich dzieci i nie zawsze potrafimy zapewnić im bezpieczeństwo. Według Winnicota do prawidłowego rozwoju wystarczy więc posiadanie „Wystarczająco Dobrej Matki” - takiej, która wystarczająco często będzie okazywała miłość, akceptację, wystarczająco często będzie dawała poczucie bezpieczeństwa, będzie okazywała wystarczająco dużo zaangażowania swojemu dziecku.

 I tacy powinniśmy być też sami dla siebie. Nie oczekiwać idealnego życia, nie dążyć do doskonałości, bo kończy się to na ogół bujaniem w obłokach i nieustannym przeżywaniem frustracji. Wystarczy nam to, że będziemy dbali o siebie, interesowali się sobą, starali się zauważać swoje potrzeby i emocje. Tylko tyle i aż tyle.

 Książka jest zbiorem wywiadów ze znanymi i doświadczonymi psychoterapeutami, które ukazywały się jakiś czas temu na łamach „Wysokich Obcasów”. Część z nich można było również znaleźć np. na portalu gazeta.pl. Dotyczą różnych obszarów i tematów, jakimi zajmuje się psychoterapia. Czyta się to dobrze – czuć, że psychoterapeuci wiedzą o czym mówią, problemy, o których mówią, opisują w sposób czytelny i zrozumiały, ilustrują to przykładami, anegdotami. Brawa również dla autorów książki – Agnieszki Jucewicz i Grzegorza Sroczyńskiego. Pytania zadawane przez nich nie są sztampowe, starają się sięgać do sedna, nierzadko dzielą się też swoim osobistym doświadczeniem.

 Książka stawia sobie podobny cel, co ten blog – upowszechnianie wiedzy o tym, co psychoterapia ma do powiedzenia o człowieku, a także wyjaśnianie, o co chodzi w psychoterapii i jak ona działa. Wywiady dotyczą tego, czym jest narcyzm, borderline, depresja, uzależnienia, pracoholizm, jakie mechanizmy rządzą relacjami, bliskimi związkami. I wreszcie – jak być szczęśliwym.

 To, co mi osobiście wydało się najbardziej interesujące, to fakt, że wywiady prowadzone są z psychoterapeutami z zupełnie różnych „bajek”. Efekt jest taki, że to, co przeczytamy w jednym wywiadzie, w kolejnym może być już opisane zupełnie inaczej, nawet sprzecznie.

 Najpierw mamy rozdział o pozytywnych emocjach – wywiad z prof. Ewą Trzebińską – z którego dowiadujemy się, że musimy wyćwiczyć w sobie nawyk dostrzegania pozytywnych zdarzeń w naszym życiu - „Po pierwsze, dostrzegać przyjemne sytuacje. Po drugie, samemu je stwarzać. Po trzecie, gromadzić je, a nawet wyolbrzymiać”. Dalej czytamy: „Są pacjenci, którzy od dziecka nie czerpią przyjemności z życia. „Moje życie jest bez sensu” - mówi mi 35-letnia kobieta. Ma rodzinę, wykształcenie, pracę. „Nic mi się nie udało” - twierdzi. Przecież to nieprawa! „ Czy zdała pani maturę?” - pytam. „Zdałam”. No to mamy pierwszy sukces. „Skończyła pani studia?”. „Skończyłam”. Po godzinie zgadzamy się obie, że zdanie „Nigdy nic mi się nie udało” to fałsz.”

 Kolejny rozdział – wywiad z Martą Lizis-Młodożeniec – dotyczy depresji. Czytamy w nim „Często próbujemy (…) rozweselić, zwrócić uwagę na dobre strony życia, pocieszać. Mówimy: „Jesteś przecież zdolny, to ci się udało i tamto”. „Przed tobą jeszcze tyle fajnych rzeczy do zrobienia”, „nie przejmuj się, jutro będzie lepiej” itd. – To pomaga? – Jeśli to depresja, a nie kilkudniowa chandra, to oczywiście nie. Na tym ta choroba polega. Człowiek z depresją myśli o sobie, o innych, o świecie w sposób bardzo negatywny. To, co nie wpisuje się w ten sposób myślenia, odrzuca jako coś nieistotnego, nieprawdziwego”

 Powyższy przykład pokazuje, jak skomplikowaną działką jest psychoterapia. Coś, co przez kogoś w jakichś okolicznościach jest uważane za prawdę i właściwy kierunek działania, w innych okolicznościach i przez kogo innego jest uznawane za niepotrzebne, nieprawdziwe, a nawet szkodliwe. Jest w książce jeszcze kilka takich paradoksów.

 Polecam Wam „Żyj wystarczająco dobrze” jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o psychoterapii i o tym, jak psychoterapeuci rozumieją ludzi i ich problemy. Jeśli np. uważacie, że mój blog jest ciekawy, jest duża szansa, że podobnie pomyślicie o tej książce. Nie polecam Wam jej w przypadku, gdy: 1) Jesteście stałymi czytelnikami „Wysokich Obcasów”, bo wtedy lekturę większości wywiadów macie już za sobą; 2) Jesteście doświadczonymi psychoterapeutami, bo wtedy podczas czytania może nie opuszczać Was myśl, że po prostu już to wszystko wiecie.

 

Agnieszka Jucewicz, Grzegorz Sroczyński

„Żyj wystarczająco dobrze”

Wydawca: Agora S.A. 2013

NIE WSZYSCY JESTEŚMY SZARLATANAMI

huberthryc

Tekst ten jest komentarzem do wywiadu z dr Tomaszem Witkowskim dla Tok.fm

 

Z zainteresowaniem przeczytałem wywiad z dr Tomaszem Witkowskim dotyczący Jego najnowszej książki „Zakazana Psychologia Tom II” oraz poglądów, jakie w niej prezentuje. Jako psychoterapeuta praktyk, dodatkowo wywodzący się z innej szkoły terapeutycznej niż poznawczo-behawioralna, którą dr Witkowski wyróżnia jako najlepiej przebadaną, chciałbym podzielić się swoim doświadczeniem i opinią.

Nie czytałem jeszcze omawianej w wywiadzie książki, jednak poglądy dr Witkowskiego są mi dobrze znane. Moja opinia będzie odnosić się przede wszystkim do treści wywiadu.

Uważam, że Tomasz Witkowski robi wspaniałą robotę, zwracając uwagę na wiele absurdów, nadużyć, przekrętów, pseudonaukowych teorii, które promowane są przy pomocy autorytetu „poważnej nauki” lub „profesjonalnej psychoterapii”. Z prawie wszystkimi tezami zawartymi w wywiadzie całkowicie się zgadzam i bardzo bym chciał, żeby były one jak najszerzej rozpowszechniane.

Wydaje mi się jednak, że na rozpowszechnianie zasługuje też druga strona „prawdy o psychoterapii” – jest to zawód, w którym pracuje bardzo wiele uczciwych, rzetelnych, dobrze merytorycznie przygotowanych do tego osób, a ci, którzy z psychoterapii u takich osób korzystają, otrzymują pomoc, po którą przychodzą i której potrzebują. I nie piszę tego, żeby umniejszyć wagę tego, o czym mówi dr Witkowski. Po prostu uważam, że przeginając w jedną stronę, kładąc zbyt duży nacisk na "ciemną stronę psychologii" można zrazić wielu ludzi do czegoś, co mogłoby być dla nich dobrym, pomocnym, leczącym doświadczeniem.

Mam odmienną niż dr Witkowski opinię o „wyjątkowości” psychoterapii poznawczo-behawioralnej, którą autor wyraźnie wyróżnia. Badania dotyczące skuteczności psychoterapii prowadzone są od wielu lat, biorą pod uwagę wiele różnych podejść terapeutycznych i wcale nie wskazują na jednoznaczną przewagę tego czy innego podejścia. A jeśli wskazują, to jest to według mnie efekt tego, że, jak sam autor zaznacza, podejście poznawczo-behawioralne jest dość proste i dobrze ustrukturalizowane, co ułatwia eksperymentalne, możliwie najbardziej rzetelne pod kątem metodologii naukowej, określenie tego, czy pod wpływem terapii zaszła przewidywana przez nas zmiana oraz co ją wywołało. Ta prostota, będąca potężną zaletą owego podejścia, jest jednocześnie jego największą wadą – w swojej praktyce terapeutycznej spotkałem wiele osób, które w terapii poznawczo-behawioralnej nie znajdywały tego, czego szukały, ponieważ czuły, że ich problem jest dużo bardziej złożony niż to, czym zajmował się terapeuta i nie da się go tak łatwo opisać i „naprawić”. Takie osoby czują się dużo lepiej np. w terapii psychodynamicznej, którą prowadzę.

Dla ścisłości dodam, że istnieje równie wiele osób, które po kilku sesjach terapii psychodynamicznej stwierdzają, że to nie dla nich (bo np. to co się dzieje na sesjach jest zbyt „rozmyte” i niekonkretne) i dopiero na terapii poznawczo-behawioralnej czują się dobrze i są w stanie z niej skorzystać.

Wniosek jest taki – teorie psychologiczne to tylko pewien język, sztuczna konstrukcja ułatwiająca nam opisywanie tego, co się dzieje z człowiekiem. Każdy psycholog, który traktuje ten język jak „prawdę objawioną” i czyni z niej, zamiast z kontaktu z prawdziwym człowiekiem, punkt odniesienia, ma zadatki, aby stać się szarlatanem. Jednym pasuje jeden język, innym drugi – zarówno, jeśli chodzi o pacjentów/klientów, jak i psychoterapeutów.

Co się kryje pod „skorupą” tego języka? Co w praktyce dzieje się na terapii? W tym właśnie miejscu można już zrezygnować z podziału na szkoły i teorie psychologiczne, bo jeśli uczciwie się przyjrzymy, w każdej rzetelnie prowadzonej psychoterapii zachodzi ten sam proces.

Ktoś, kto przychodzi na terapię, ma następujący problem – zachowuje się, myśli lub czuje inaczej, niż by chciał i nie wie, dlaczego. Innymi słowy wie, czego by chciał, ale z jakiegoś powodu nie prowadzi to do określonego efektu. Na przykład nie chciałby się bać, ale przeżywa lęk. Nie chciałby pogrążać się w smutku i marazmie, chciałby być aktywny i myśleć optymistycznie, ale się to nie dzieje. Nie chciałby powtarzać w nieskończoność rytualnych czynności, jednak nadal to robi. Nie chciałby się kłócić z żoną i denerwować na nią, ale nie jest w stanie zmienić swojego zachowania. Nie chciałby reagować w jakiś określony sposób w jakichś określonych sytuacjach, ale jest to „silniejsze od niego”.

Różne teorie różnie nazywają ten mechanizm, ale nieważne, czy powiemy, że działa tu nieświadomość czy nawykowe myśli automatyczne, chodzi o ten sam stan, znany nam wszystkim – coś robimy, myślimy, czujemy i nie wiemy, dlaczego, bo chcielibyśmy robić/myśleć/czuć inaczej.

Terapia naprawdę potrafi dużo zdziałać i wyraźnie poprawiać jakość życia. Ok, ale co właściwie działa? O tym też mówią wyniki przeróżnych badań. Przede wszystkim działa relacja z terapeutą jako człowiekiem, który uważnie słucha, stara się zrozumieć pacjenta/klienta oraz, co moim zdaniem jest szczególnie ważne, dzieli się swoim rozumieniem jego problemu. Jest ono niemal zawsze inne, niż dotychczasowy punkt widzenia pacjenta/klienta. Tu terapeucie przydają się różne teorie psychologiczne, żeby jego punkt widzenia był spójny, potrafił w czytelny sposób wyjaśnić jakiś kawałek rzeczywistości pacjenta/klienta i był dla niego inspirujący. I znowu – ci psychoterapeuci, którzy ślepo trzymają się teorii i próbują narzucić swój sposób myślenia pacjentom/klientom, są w moim poczuciu szarlatanami. Psychoterapeuta nie ma zastępować ludziom rozumu, dawać gotowych rozwiązań, bo nie jest Alfą i Omegą, nie zna tych rozwiązań, nie wie, co dla konkretnego człowieka jest dobre, sensowne, pożyteczne. To, co ludziom naprawdę pomaga w psychoterapii, to zmiana perspektywy, obejrzenie siebie z różnych stron, włączenie do myślenia o sobie i o świecie elementów dotąd pomijanych. Dzięki temu możliwe jest określenie, dlaczego robię to co robię, skąd się biorą i z czym się wiążą moje różne myśli i emocje. To sprawia, że ludzie zyskują większy wpływ na swoje życie.

Chciałbym zachęcić wszystkich do korzystania z psychoterapii, bo to naprawdę pomaga, a jednocześnie do krytycznego myślenia i wybierania tych terapeutów, którzy nie są szarlatanami. Jest ich naprawdę sporo.

DIAGNOZA

huberthryc

"Nie ma ludzi zdrowych, są tylko niedokładnie zdiagnozowani"

   Witam po dłuższej przerwie! Dzisiaj chciałbym, żebyśmy zmierzyli się z pytaniem, co to właściwie znaczy być zdrowym albo chorym psychicznie oraz dlaczego od terapeuty tak trudno dostać jednoznaczną diagnozę. Zaczniemy od tego drugiego zagadnienia.

  "Co mi jest?" "Na co jestem chory?" To pytania, które często zadajemy psychoterapeucie. Prawo do wiedzy o swojej chorobie jest bardzo ważnym prawem pacjenta. Mało tego, może wyraźnie poprawić efekty leczenia, czy szerzej - jakość życia. Ile razy denerwowaliście się na lekarzy, którzy zdawkowo traktowali takie pytania albo udzielali wymijających odpowiedzi? Słusznie. Macie prawo wiedzieć.

  W przypadku psychoterapii pojawia się jednak pewien problem - jest bardzo cienka granica pomiędzy wiedzą a zaszufladkowaniem. Psychoterapeuci uczą się, żeby stawiać w głowie diagnozy czy hipotezy, ale się do nich nie przywiązywać. Odpowiedzi psychoterapeuty na pytanie "na co jestem chory?" zwykle są mało konkretne. I być może Was zdziwię - wcale nie wynika to z niechęci do dzielenia się z Wami „Wiedzą Tajemną”. Prawda jest taka, że jeśli dokucza Wam lęk czy problemy w relacjach, to nikt nie opisze tego lepiej niż Wy sami. Terapeuta może mieć w głowie swoje hipotezy, przypuszczenia. Zresztą tak naprawdę o to chodzi w terapii, żeby się tymi hipotezami dzielić. To, co pacjenci często chcieliby usłyszeć, a terapeuci rzadko mówią, to diagnoza typu: "Cierpi Pani na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, lub narcystyczne zaburzenie osobowości." Dlaczego psychoterapeuci są niechętni stawianiu takich diagnoz? Bo są to tak naprawdę branżowe skróty myślowe, tyleż pomocne co zwodnicze. Dlatego jako psychoterapeuci, mimo, że z nich korzystamy, to staramy się do nich nie przywiązywać, bo zamiast otwierać zamykają rzeczywistość w wirtualnych szufladkach, powodując, że może umknąć to, co się dzieje naprawdę. Tak naprawdę nie dolega Wam to, że macie epizod depresyjny czy osobowość narcystyczną, tylko to, że w konkretnych sytuacjach czujecie się smutni, wyczerpani, bez energii, czujecie pustkę, kłócicie się z mężem czy z żoną. Wierzcie mi, naprawdę ludzie różnią się miedzy sobą i depresja od depresji może się bardzo różnić.

  Powstaje pytanie: Dlaczego nam tak zależy na poznaniu dokładnej diagnozy? Dlaczego nie wystarczy nam opis naszego problemu i potrzebujemy mu jeszcze "przybić etykietkę"? Tu dotykamy różnicy pomiędzy tzw. "modelem medycznym" (nazywam tak sposób myślenia o chorobach, który występuje w całej współczesnej medycynie) a psychoterapeutycznym.

  Diagnoza w medycynie oparta jest o dwie rzeczy: objawy oraz wyniki badań. Istnieje ogólnoeuropejski wykaz wszystkich chorób (ICD-10), którym przyporządkowane są określone kody składające się z liter i liczb, zawierający definicje chorób i ich odmian. To, co jest ważne dla nas, to to, że te definicje są opisowe.

  Takie rozwiązanie w medycynie sprawdza się świetnie i pozwala lekarzom z dużą dokładnością rozpoznawać choroby, a także - przede wszystkim - ordynować leczenie. Dzięki temu po wizycie u lekarza ten, po zebraniu od nas dokładnego wywiadu i ewentualnie zapoznaniu się z wynikami zleconych badań, wie na co jesteśmy chorzy i może nam powiedzieć, jak to się leczy. Pomijam przypadki, kiedy nie dzieje się tak jak w idealnym modelu i lekarz nie trafia z diagnozą lub leczeniem - to się oczywiście zdarza, ale naprawdę w większości przypadków dokładny wywiad i badania wystarczają. I pacjenci o tym wiedzą. Dlatego pytanie: "Panie doktorze, a na co ja właściwie jestem chory?" jest jak najbardziej na miejscu.

  Kiedy jednak spojrzymy na wykaz chorób i zaburzeń psychicznych, które rownież są ujęte w ICD-10, zaczynają się schody. Na początku jest tak samo - definicje zaburzeń rownież są opisowe, więc po zebraniu wywiadu można postawić diagnozę. Na przykład, jeśli stwierdzę u pacjenta dwa z trzech takich objawów, jak: obniżenie nastroju, utrata zainteresowań, mniejsza energia lub wytrzymałość na zmęczenie; oraz dwa lub więcej objawów takich jak: trudności w skupieniu uwagi, obniżenie samooceny, odczuwanie winy, czucie się bezwartościowym, pesymistyczne postrzeganie przyszłych wydarzeń, myśli bądź zachowania samobójcze lub zachowania autoagresywne, problemy ze snem, zmniejszenie apetytu, przy czym objawy te występują przez okres dłuższy niż dwa tygodnie, mogę zdiagnozować u niego depresję...

  Tylko, że w zasadzie niewiele nam to daje.


  Problem tkwi w naturze metody leczenia zaburzeń psychicznych, jaką jest psychoterapia. Kiedy ją zaczynamy nie wiemy, jak będzie przebiegała, ani do czego nas doprowadzi. Nie wiemy, co okaże się tym ukrytym, nieświadomym problemem, co z czym się wiąże i dlaczego, do jakich wniosków dojdziemy na koniec. Gdy już się tego dowiemy, terapia nie będzie już potrzebna. Można więc powiedzieć, że na koniec psychoterapii w pewnym sensie wiemy "co nam jest", chociaż zwykle odpowiedź jest dużo bardziej skomplikowana, niż opisowe definicje z ICD-10. A dlaczego tak jest? Wynika to z kolei z natury samych zaburzeń psychicznych, gdzie objawy są tylko "wierzchołkiem góry lodowej", a dużo ważniejsze od tego, co przeżywamy, jest to dlaczego tak się dzieje.

  Efekt? Dwie osoby z identycznymi objawami i tym samym z identyczną diagnozą ICD-10, bedą miały zupełnie inną terapię. Bo depresja/nerwica/zaburzenie osobowości/itp. każdej z nich powstało z zupełnie innej przyczyny i w wyniku zupełnie innych mechanizmów. I odwrotnie - dwie osoby z zupełnie inną diagnozą mogą rozwiązywać na terapii podobne problemy, bo mimo odmienności objawów źródło ich cierpień jest takie samo.


  A co to właściwie znaczy być zdrowym lub chorym psychicznie? Zdanie będące mottem dzisiejszego wpisu przypisuje się Freudowi. Nawet jeśli nie on był jego autorem, bardzo dobrze opisuje ono sposób patrzenia psychoterapeutów na kwestię zdrowia lub choroby. Trudno wytyczyć tu wyraźną granicę, bo każdy z nas jakoś sobie radzi ze swoimi lękami. Każdy z nas stosuje mechanizmy obronne i prawdopodobnie każdemu w niektórych sytuacjach one przeszkadzają, a w innych pomagają. Dlatego wiele prawdy jest w stwierdzeniu, że każdy jest w stanie skorzystać z psychoterapii, nawet jeśli nie jest „chory psychicznie”. Każdy jest w stanie lepiej zrozumieć siebie. Umowna różnica pomiędzy osobami, które mają wskazania do psychoterapii, a tymi, które mogą się bez niej spokojnie obejść, może być wyznaczona poczuciem radzenia sobie w życiu, czy też, znów cytując klasyka Freuda, przez zdolność do pracy i do miłości.

 

  We współczesnej medycynie nie występuje pojęcie „choroba psychiczna” lecz „zaburzenia psychiczne i zaburzenia zachowania”. W gruncie rzeczy jest to efekt kierunku myślenia zgodnego z tym, co napisałem w tym wpisie – problemy psychiczne nie są nazywane chorobą, bo są wynikiem tego, jak nasz umysł radzi sobie z rzeczywistością, a nie efektem jakiegoś wirusa, urazu czy mutacji genetycznej.

 

  "Nie ma ludzi zdrowych, są tylko niedokładnie zdiagnozowani". Psychoterapeuci, którzy przeszli własną mozolną i długą terapię, doświadczyli tego na własnej skórze.

 

PS. Być może tematem na oddzielny wpis powinna być neurochemia układu nerwowego. Wyniki badań właściwie już jednoznacznie potwierdzają, że niedobór serotoniny (substancji odpowiadającej za przewodzenie impulsów nerwowych w układzie nerwowym) łączy się w bezpośredni sposób z objawami depresji, a leczenie polegające na podawaniu leków pozwalających na zwiększenie poziomu serotoniny pozwala milionom ludzi na całym świecie – także moim pacjentom – na wyraźną ulgę i przywrócenie energii do życia. Jest to tylko jeden z wielu przykładów. Jednak wbrew pozorom, nie jest to argument na rzecz obalenia wszystkich powyższych tez, a raczej dowód na to, że ciało i umysł są ze sobą ściśle połączone i nie da się ich sztucznie rozdzielić. Warto zauważyć, że zależność pomiędzy nimi jest obustronna – na przykład czynnikiem ryzyka zawału serca jest specyficzny typ osobowości, którego cechą charakterystyczną jest tłumienie złości.



CO CZUJESZ?

huberthryc

  Każdy, kto choć kilka godzin spędzi w gabinecie psychoterapeutycznym, może mieć wrażenie, że o czymkolwiek by nie mówił, terapeuta na koniec i tak wszystko sprowadzi do emocji. Oczywiście jest to wielkie uproszczenie, ale emocje są w psychoterapii tematem numer jeden. Wielu pacjentom wydaje się, że terapeuci widzą tylko emocje, że jest ich na terapii wręcz za dużo. Nieproporcjonalnie dużo w stosunku do „normalnego” życia. Dlaczego tak jest? Bo w „normalnym” życiu jest ich za mało.

 

  Jest taka anegdota, odnosząca się do mężczyzn:

 

  „Ile facet przeżywa dziennie stanów emocjonalnych? Dwa – jeden to emocja, drugi to brak emocji.”

 

  Pomijając zupełnie akademickie rozważania na temat różnic płciowych i stereotypów, można powiedzieć, że ów „facet” jest w rzeczywistości dużo bardziej skomplikowany, niż się z pozoru wydaje. Dlaczego? Bo nie da się nie przeżywać emocji! To wrodzony, biologiczny, bardzo pierwotny mechanizm, towarzyszący nam od setek tysięcy lat. Emocje są dużo starsze niż ludzkość, niż cywilizacja, niż rozum. Kształtowały się w procesie ewolucji jako instynktowny mechanizm adaptacyjny – kiedy człowiek znajduje się w sytuacji, która mu nie odpowiada, odczuwa złość, co sprawia, że jego organizm zaczyna pracować na „wyższych obrotach”, rozpiera go energia do walki, ma więcej siły, motywacji (jeśli złość kojarzy Wam się z czymś zupełnie innym niż rozpierającą energią i motywacją, to znaczy, że powinniście czytać dalej). Kiedy czuje się zagrożony, odczuwa lęk, co umożliwia mu schowanie się, ucieczkę, szukanie schronienia. Uczucie przyjemności również służy zaspokojeniu pierwotnych instynktów – nie bez powodu odczuwamy przyjemność po dobrze wykonanej pracy, po odniesieniu sukcesu, po seksie. Bez przyjemności nie mielibyśmy motywacji.

 

  Można by tak długo wymieniać emocje, ale wróćmy do naszego „faceta” z anegdoty. Jak już napisałem, tylko z pozoru jest on mało skomplikowany – w rzeczywistości, żeby pozornie nie przeżywać emocji musi uruchomić on bardzo skomplikowaną machinę psychiczną, której działanie pochłania bardzo dużo energii. Machiny takie, jeśli są zbyt przerośnięte, lub jeśli są zmuszone do „przerabiania” zbyt dużych ilości emocji, mają tendencję do przegrzewania się. Wtedy właśnie trafiamy do psychoterapeuty z objawami np. nerwicy.

 

  Machiny te u wielu ludzi mają bardzo podobny cel – pozbywać się tych lub innych emocji ze świadomości. Mają jednak bardzo różne sposoby działania, dojścia do tego celu. Skoro już omówiliśmy „stereotypowego mężczyznę”, to zastanówmy się, jaką machinę ma w sobie „stereotypowa kobieta”? Z pozoru odwrotną – przeżywa bardzo dużo bardzo różnych uczuć, często skrajnych, okazuje je w sposób wyrazisty. Emocje pochłaniają ją aż do przesady, angażują ją bardziej niż cokolwiek innego. Cel jednak jest ten sam – machina tworząc „szum informacyjny” sprawia, że emocje, które pierwotnie są przeżywane, gdzieś się gubią. Nie można ich znaleźć, więc wydaje się, jakby ich nie było.

 

  Dodajmy, że w rzeczywistości tylko niewielka część mężczyzn i kobiet załapuje się do grupy tych „stereotypowych”. Sposobów działania „machin” spychających emocje do nieświadomości jest naprawdę dużo. W pewnym sensie, każdy z nas robi to nieco inaczej.

 

  Przykład z „facetem” jest ekstremalny, dotyczy bowiem „blokowania” wszystkich, bez wyjątku, przeżywanych emocji. W rzeczywistości tak też się zdarza, ale zazwyczaj poszczególne osoby mają zróżnicowaną „tolerancję” na różne emocje. Niektórzy na przykład bez problemu przyznają się do uczucia dumy, nie mogą jednak znieść lęku; inni będą bez problemu przeżywali smutek, jednak będą uciekać od miłości/zakochania. Tutaj też konfiguracji jest tyle co ludzi na świecie.

 

  Szczególne miejsce wśród „niechcianych” emocji zajmują dwie – złość i pożądanie. Bardzo wielu ludzi buduje swoje machiny obronne po to, żeby wygonić właśnie te uczucia. Bardzo często machiny te się tak rozrastają i pochłaniają tyle energii, że uniemożliwia to normalne funkcjonowanie i wymaga skorzystania z pomocy psychoterapeuty. Żeby wyjaśnić dlaczego akurat te emocje sprawiają najwięcej kłopotów, trzeba zadać sobie pytanie – po co właściwie mamy się bronić przed emocjami i jak powstają owe „machiny”?

 

  Dobrym przykładem będzie dialog, który usłyszałem kiedyś na korytarzu pewnej przychodni. Był wczesny grudzień. Małe, może dwuletnie dziecko, które przyszło do przychodni z babcią, płakało wniebogłosy. Dla babci (zresztą nie tylko dla niej) było to trudne do zniesienia. W reakcji na płacz powiedziała wnuczkowi: „Nie płacz, nie wolno płakać. Grzeczne dzieci nie płaczą. Jak będziesz płakał, to Mikołaj nie przyniesie ci prezentów”.

 

  Inny obrazek. Zajmowałem się kiedyś przez kilka godzin dzieckiem znajomych. Miałem wyjątkowo przykre zadanie, bo mały był chory i miał gorączkę. Nie mógł wychodzić na podwórko do piaskownicy ani na spacer, tylko musiał siedzieć w domu. Męczył go kaszel, ogólnie czuł się źle, dodatkowo z każdą godziną coraz bardziej tęsknił za mamą i tatą. Kiedy mama wreszcie wróciła, spytałem go, czy mnie lubi i czy chce, żebym kiedyś jeszcze przyszedł. Odpowiedział rozbrajająco szczerze: „Nie”. Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Jakoś to przełknąłem, choć pewnie gdyby nie szkolenie psychoterapeutyczne zrobiłbym coś, żeby pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia i uchronić się w przyszłości od podobnych emocji – spróbowałbym nauczyć dziecko nie mówić mi takich rzeczy. Na przykład powiedziałbym coś w stylu: „No wiesz co, nie wolno tak mówić! Przecież nie masz powodu, żebyś mnie nie lubił!” Podobnie na miejscu mamy tego dziecka, chcąc zadbać o możliwość oddania go również w przyszłości pod opiekę uczynnego kolegi, mógłbym mieć pokusę „spacyfikowania” jego emocji.

 

  Tu wracamy do poprzednich postów. Jak widać, oba powyższe przykłady dotyczą dzieci. Nie jest to przypadek. To przede wszystkim jako dzieci uczymy się budować i uruchamiać mechanizmy, mające nas „chronić” przed naszymi uczuciami. Widać też, w jaki sposób początkowo neutralne emocje stają się dla nas tak nieprzyjemne lub niebezpieczne, że czujemy, że musimy się ich pozbyć. Otóż najpierw są one nieprzyjemne dla kogoś, od kogo jesteśmy zależni lub od kogo czegoś potrzebujemy. Babci przeszkadzał hałas płaczącego dziecka i być może dyskomfort związany z tym, że nie jest w stanie zgadnąć, czego mu potrzeba. Mi było nieprzyjemnie, bo poczułem się niedoceniony za kilka godzin poświęcenia i zaangażowania i odrzucony przez kogoś, na kogo zdaniu mi zależało, mama nie chciała narażać na szwank relacji ze mną i możliwości ponownego poproszenia mnie o pomoc. Dziecko po prostu uczy się, jak „nie podpadać” dorosłemu, żeby uchronić się przed groźbą niespełnienia jego potrzeb. A kiedy jakieś emocje wywołują reakcje nagany, odrzucenia, potępienia, złości – dla dziecka lepiej i bardziej praktycznie jest się ich „pozbyć”

 

  Tymczasem – patrząc na to obiektywnie – emocje, jakiekolwiek by nie były, nie są same z siebie złe lub dobre. Po prostu je przeżywamy i nawet nie mamy wpływu na to, jakie, kiedy i w jakim stopniu się w nas pojawiają. To wrodzony, niezależny od nas mechanizm. To, na co możemy mieć wpływ (i co tym samym możemy oceniać jako dobre lub złe) to sposób, w jaki realizujemy te emocje. Ale możemy mieć ten wpływ tylko wtedy, jeśli przeżywamy je świadomie.

 

  Jak napisałem wcześniej, najwięcej „kłopotów” zdają się sprawiać emocje złości i pożądania. Są to uczucia wyjątkowo źle tolerowane przez otoczenie społeczne w naszej kulturze, a co za tym idzie, przez większość naszych mam, ojców, babć, dziadków, cioć i wujków. Pożądanie kojarzy się z grzechem, a więc czynem zakazanym i złym, często jest z tym czynem nawet utożsamiane (jest nawet stosowny cytat z Ewangelii dokonujący takiego zrównania emocji pożądania z działaniem - „Kto pożądliwie patrzy na kobietę w swoim sercu już dopuścił się z nią cudzołóstwa”). Trzeba przyznać, że na przestrzeni ostatnich stu lat wiele się zmieniło, jeśli chodzi o podejście do seksualności, więc seks i pożądanie nie są już tak częstym tematem w gabinetach psychoterapeutycznych, jak w czasach Freuda (niektórzy zresztą twierdzą, i trudno się z tym nie zgodzić, że teoria Freuda była jednym z fundamentów późniejszej rewolucji seksualnej). Pokolenie dzisiejszych 20-latków ma już, w swojej masie, bardzo liberalne podejście do kwestii seksu, obyczajowości i grzechu co, oprócz tego, że powoduje wiele nowych i nieznanych wcześniej problemów, skutkuje też tym, że nie potrzebują oni budować tak potężnych machin obronnych przeciwko emocji pożądania jak ich rodzice i dziadkowie (oczywiście zależy to od konkretnej sytuacji – wielu ta statystyczna prawda nie dotyczy). Emocja złości, wydaje się, nie zyskała jeszcze w naszej kulturze aż takiej aprobaty. Dlatego zdanie „Nie złość się!” jest dla nas codziennością, mimo że w istocie nie da się wykonać takiego polecenia, bo emocje... po prostu się pojawiają.

 

WSZYSTKO ZACZĘŁO SIĘ WE WCZESNYM DZIECIŃSTWIE

huberthryc

Powyższe zdanie parodiuje sposób myślenia psychoterapeutów, zwłaszcza tych, którzy odwołują się do teorii Freuda. Mówi się z ironią o tym, że psychoterapeuci upatrują we wczesnym dzieciństwie przyczyn absolutnie wszystkiego, co stanowi treść naszego życia – od wyboru partnera do wyboru zapachu wody po goleniu.

Ale przyjrzyjmy się temu bliżej. Tak naprawdę twierdzenie Freuda, że pierwsze lata życia są bardzo istotne dla kształtowania się przyszłego charakteru człowieka, jest dziś powszechnie przyjęte w naszej kulturze. I mało komu przychodzi do głowy, żeby je kwestionować.

Jest mnóstwo organizacji, które bronią prawa dzieci do szczęśliwego dzieciństwa, rozumianego jako możliwość wychowywania się w atmosferze miłości, akceptacji i troski. W krajach, w których dzieci pracują lub biorą udział w konfliktach zbrojnych, organizacje chroniące praw człowieka biją na alarm. U nas zakazane są kary cielesne dla dzieci, instytucje publiczne czuwają nad tym, czy rodzice w sposób właściwy wywiązują się ze swoich obowiązków.

Po co to wszystko? Większość z nas odpowie : Bo szczęśliwe dzieciństwo to kapitał, który procentuje przez całe życie.

Taka odpowiedź oznacza, że zgadzamy się z zasadniczą tezą Freuda na temat wpływu wczesnego dzieciństwa na nasze późniejsze życie. Nie myślimy o tym w ten sposób, bo teoria ta na dobre zadomowiła się w naszej kulturze. Sto lat temu myślelibyśmy inaczej. „Wychować dziecko” oznaczało wtedy sprawić, by było grzeczne, pomocne, nie hałasowało i nie sprawiało kłopotów. Oznaczało też wpojenie mu wartości i zasad, jakie uważane były za ważne. Nikt nie myślał wtedy o wychowaniu jako o spełnianiu dziecięcych potrzeb, zapewnianiu dzieciom miłości, troski, poczucia bezpieczeństwa. Nie było takiej potrzeby, bo nie wierzono w to, by mogło to mieć jakiś znaczący wpływ na ich dalsze życie.

Dziś już wiemy, że emocje, jakich doświadcza człowiek w dzieciństwie, mają zasadniczy wpływ na to, jak będzie sobie radził jako dorosły. Równie ważne jest to, czy będzie miał szansę spełnić w dzieciństwie swoje najbardziej pierwotne, wrodzone potrzeby – bezpieczeństwa, troski, akceptacji, miłości, opieki.

A jaki to ma związek z psychoterapią? Ktoś by powiedział, że wiedza ta jest przydatna głównie pedagogom oraz prowadzącym warsztaty rodzicielskie. I dodałby, że dzieciństwa nie da się cofnąć i przeżyć jeszcze raz, więc psychoterapia nic już nie pomoże. Częściowo miałby rację – dzieciństwa rzeczywiście nie da rady cofnąć ani anulować. Ale cofnijmy się do poprzedniego postu o nieświadomości. Wiemy już, że są w nas emocje i przekonania, których źródło nie jest nam znane i dopóki nie uda się nam go odnaleźć, nie zmienimy ich. Wiemy też, jak powstają – spychamy do nieświadomości to, co nas przeraża, wywołuje w nas poczucie zagrożenia.

A teraz wyobraźmy sobie, co przeżywa roczne dziecko. Jest się czego bać. Jest delikatne i kruche, a także zależne od dorosłych całkowicie we wszystkim – samo nie przeżyje, nie poradzi sobie, dorośli dają mu jeść, dorośli zmieniają mu pieluchy, ubierają, przenoszą z miejsca na miejsce. Poza tym dzieci nie mają raczej poczucia humoru ani nie rozumieją subtelnych emocji, zasad społecznych, konwenansów, itp. Wszystko biorą serio. Emocje dzieci są totalne, kiedy się boją, cały świat jest dla nich zagrożeniem, kiedy są złe, nienawidzą całego świata. Dzieci przeżywają też siebie jako „pępek świata” (złośliwi powiedzą, że niektórym zostaje to na dłużej ;)) i są przekonane, że jeśli dzieje się coś złego, nieprzyjemnego, to one są tego przyczyną. Jeśli rodzic jest zły, dziecko szuka winy w sobie. Czuje się zagrożone, ponieważ odbiera tą złość totalnie, jako całkowite odrzucenie. Zaczyna też szukać sposobu, jak sprawić, by rodzic nie był zły. To dla niego sprawa życia lub śmierci.

To wszystko powoduje, że to właśnie wczesne dzieciństwo jest okresem, w którym powstają nasze nieświadome mechanizmy obronne. Ale o ile wtedy chroniły nas one przed – z naszego punktu widzenia – śmiertelnym zagrożeniem, to teraz, kiedy jesteśmy dorośli, potrafilibyśmy sami w większości przypadków doskonale się przed nim obronić. Gdybyśmy tylko wiedzieli, co to za zagrożenie i przed czym się właściwie bronimy.

I tu jest właśnie miejsce na psychoterapię.

 

PS. Jako uzupełnienie postu „I znajdź tu dobrego psychoterapeutę” polecam krótki wywiad z Zofią Milską-Wrzosińską, który ukazał się w „Gazecie Wyborczej” - „Jak rozpoznać psychoterapeutę”. Znajdziecie go tu: http://wyborcza.pl/1,75478,8992626,Jak_rozpoznac_psychoterapeute.html

NIEŚWIADOMOŚĆ

huberthryc

Dlaczego w ogóle potrzebna jest psychoterapia? Dlaczego nie wystarczy powiedzieć osobie w depresji: „Weź się w garść”, a osobie, która odczuwa potrzebę nieustannego mycia rąk wytłumaczyć, że to co robi, nie ma logicznego sensu i jest dla niej szkodliwe?

Dlatego, że osoby te nie wiedzą, dlaczego tak się zachowują. Nie znają przyczyn i motywów swojego cierpienia.

Odkrycie, że nie jesteśmy świadomi wielu procesów, które zachodzą w naszej głowie – motywów, emocji, przekonań, lęków – jest fundamentam psychoterapii. Piszę „odkrycie” a nie „teoria”, gdyż istnienie nieświadomości właściwie nie podlega dziś dyskusji. Terapeuta poznawczy powie o myślach automatycznych (a więc takich, z których istnienia nie zdajemy sobie sprawy), humanistyczny o nie dopuszczaniu do siebie swoich potrzeb (czyli sprawianiu, że znajdują się one poza naszą świadomością), psychodynamiczny będzie mówił o wypartych do nieświadomości emocjach. Istnieją więc różne poglądy na to jak, dlaczego i w jakim zakresie nasze życie psychiczne toczy się nieświadomie, ale nikt nie kwestionuje tego, że tak jest.

Praca psychoterapeuty polega przede wszystkim na pomocy w „wydobywaniu” treści nieświadomych na powierzchnię. Jest to fascynujące zajęcie. Wymaga również pewnej wiedzy i wyćwiczenia, żeby wiedzieć, gdzie szukać i jak nie „wypłoszyć” nieświadomego, tylko „zachęcić” do ujawnienia się.

Jak się pewnie domyślacie, nieświadome myśli, emocje czy wspomnienia są zazwyczaj nieprzyjemne, przykre, smutne lub budzące lęk. Można więc zapytać nie bez kozery – Po co je sobie uświadamiać? Czy nie będzie nam gorzej, jeśli uświadomimy sobie, że jesteśmy wściekli na swojego partnera i zaczniemy się kłócić, chociaż do tej pory tworzyliśmy spokojny, zgodny związek? Czy nie lepiej nie pamiętać tego, że kiedy byliśmy dziećmi mama mówiła nam, że jesteśmy do niczego, i nie wracać do przykrych uczuć, które towarzyszą tym wspomnieniom?

Nie warto byłoby „grzebać” w nieświadomości, gdyby nie jeden szkopuł – To, że nie zdajemy sobie sprawy z jakichś emocji czy myśli, nie oznacza, że ich nie ma i że nie mają one na nas wpływu.

Skutkiem naszych nieświadomych przeżyć jest cała masa zachowań, których nie kontrolujemy, bo nie wiemy, dlaczego robimy to, co robimy.

Założeniem psychoterapii jest to, że znając motywy swoich zachowań, zyskujemy więcej kontroli nad swoim życiem. Możemy bez przeszkód realizować swoje potrzeby, dążenia, pielęgnować ważne dla nas relacje. Innymi słowy – stajemy się bardziej szczęśliwi.

© Wiedza Tajemna
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci