Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o psychoterapii. Blog jest prowadzony przez psychoterapeutę.
RSS
poniedziałek, 16 września 2013

Miłość między dwojgiem ludzi nadaje życiu więcej koloru, emocji i rumieńców niż cokolwiek innego. Także dlatego, że chyba nigdy to, co się dzieje w miłości nie przebiega zgodnie z planem ani logicznym namysłem. Wielu próbuje opisać mechanizmy rządzące związkami, ale nadal najcelniej opisują je poeci. Dlaczego? Bo duża część miłości to gra nieświadomych emocji i potrzeb.

Wiem, że rozumienie miłości jako gry nieświadomych procesów w umysłach dwojga ludzi nie wyczerpuje tematu. Nie mam ambicji opisać zjawiska związków miłosnych w sposób wyczerpujący - to chyba zbyt skomplikowane, by udało się komukolwiek. Miłość zawsze jest i będzie "czymś więcej". Jednak spojrzenie na nią z perspektywy nieświadomości rzuca dużo światła na to, jak to wszystko działa.

Po pierwsze, najpierw musimy się zakochać - zauroczyć, zainteresować, zwrócić na kogoś uwagę. Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego jedni ludzie nam się podobają, a inni nie? Proste pytanie? Nie do końca. Łatwo nam odpowiedzieć - był przystojny, dobrze się z nią czułem, dawał mi poczucie bezpieczeństwa, była inteligentna, miał świetne poczucie humoru. Dopiero głębsze zastanowienie się każe dojść do wniosku, że to nie są wyczerpujące odpowiedzi. Inni również mieli te cechy, a jednak nie było tej "chemii", "tego czegoś". 

Psychologia próbuje odpowiedzieć na pytanie, czym jest ta "chemia". Niektórzy twierdzą, że jest jakiś uniwersalny zestaw cech, które czynią kobietę i mężczyznę bardziej atrakcyjnym i pożądanym. Są to cechy mające być gwarancją sukcesu reprodukcyjnego - posiadania potomstwa i możliwości wychowania go w jak najlepszych warunkach. 

To jest jednak tylko pierwsza warstwa. Jak wytłumaczyć to, że różni ludzie zakochują się w różnych osobach? Pójdźmy jeszcze dalej. Załóżmy, że mamy osobę, kobietę, nazwijmy ją Hanna. Poznaje ona dwóch mężczyzn - Zbigniewa i Józefa. Hanna stawia sobie pytanie, czy warto wiązać się ze Zbigniewem. Dodaje wszystkie plusy i minusy, wkłada duży intelektualny wysiłek, żeby przewidzieć, co może zyskać a co stracić na tym związku. Wychodzi jej, że nie ma to sensu. Zbigniew nie rokuje jako partner - jest np. leniem, egoistą, nie dba o siebie itp. To samo pytanie Hanna stawia sobie w odniesieniu do Józefa. Dochodzi do wniosku, że Józef będzie dobrym partnerem - jest zdrowy, wysportowany, inteligentny, zaradny, opiekuńczy.

I co? Domyślacie się? Tak - Hanna wybiera Zbigniewa. Bo nie mogła przestać o nim myśleć i miał on "to coś". Na pewno sami znacie mnóstwo takich historii.

"To coś" to nie żadna magia. To ukryte nieświadome kryteria, którymi się kierujemy, nie zdając sobie sprawy z ich istnienia. Często są one sprzeczne z kryteriami "logicznymi", którymi świadomie staramy się kierować. Emocje wynikające z nich są na ogół bardzo silne i nieraz to one decydują, komu decydujemy się powierzyć dużą część swojego życia. Często osoby, które przeżyły wiele nieudanych związków i za każdym razem próbowały wiązać się z partnerem, który byłby inny od poprzedniego, odkrywają ze zdziwieniem na terapii, że wszystkich tych partnerów łączy jedna wspólna cecha, której istnienia do tej pory nie zauważały.

Skąd się więc bierze "to coś" w naszej nieświadomości? Jak zwykle - z wczesnego dzieciństwa. Mechanizmy jego powstawania, a także treść, mogą być bardzo różne i trudno przedstawić schemat obejmujący nas wszystkich. Żeby zrozumieć, o co chodzi, możemy wyobrazić sobie, że mamy w sobie pustkę, która powstała w dzieciństwie i nieświadomie liczymy, że to właśnie partner tę pustkę zapełni. Chcemy, żeby partner dał nam absolutne zrozumienie, poczucie bezpieczeństwa, albo inspirację, energię do działania, żeby uwielbiał nas ponad wszystko itd. Nieświadomie wybieramy takich partnerów, co do których wydaje nam się, że są w stanie spełnić te potrzeby.

Niestety, nie są w stanie. I zaczynamy dostrzegać to, kiedy mija etap zakochania. To co się dzieje dalej, nazwałbym tańcem nieświadomych pragnień, oczekiwań i frustracji. Żeby było ciekawiej, na ogół okazuje się, że partner, który miał nam np. zapewniać poczucie bezpieczeństwa, oczekuje od nas tego samego, bo sam nie czuje się bezpiecznie. Nasze pierwsze wrażenie okazuje się całkowicie sprzeczne ze stanem faktycznym, a nasze oczekiwanie niemożliwe do spełnienia. "Druga połówka" przeżywa to samo w stosunku do nas. Oczywiście nie musi się to zawsze kończyć nieszczęściem i rozstaniem, ale zawsze powoduje napięcie, złość i nieporozumienie.

OK - Jak z tego wyjść? Czy da się być szczęśliwym w związku?

Tak. Jednym z warunków, żeby to się udało - choć wcale nie prostym do spełnienia i często wymagającym żmudnej terapii i pracy nad sobą - jest pozwolenie sobie na widzenie partnera takim, jakim jest naprawdę, a nie przez pryzmat naszych własnych potrzeb, oczekiwań i frustracji. Jeszcze trudniejsze jest spojrzenie w ten sposób na siebie i zrozumienie, że nikt nie wypełni tej pustki, którą odczuwamy, lepiej niż my sami. Zrozumienie, że zawsze pozostanie w nas pewien niedosyt i partner nie będzie naszym "zbawcą", nie naprawi nam świata - nie ma w nim takiej mocy.

Ludzie, którzy liczą, że ich partner zapełni w nich pustkę, łączą to często z przekonaniem, że tylko on może to zrobić, a więc jest im niezbędny, "nie mogą bez niego żyć". Takie osoby nie wyobrażają sobie rozstania, jawi im się ono jako koniec świata. Paradoksalnie, dojście do przekonania, że "nie potrzebuję go" jest bardzo korzystne dla związku. Prowadzi do wniosku, że "skoro z nim jestem, to nie dlatego, że muszę z nim być, ale dlatego, że chcę". Inna sprawa, jak taką zmianę odbierze druga strona, która przez lata była przyzwyczajona do bycia niezbędnym i niezastępowalnym. Będzie musiała jakoś dostosować się do nowej sytuacji.

Pewnie myślicie sobie, że łatwo mi wypisywać te wszystkie złote myśli, ale życie tak naprawdę nie jest takie proste. Macie rację. Przecież nie wystarczy stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie: "Od tej chwili będę myślał i czuł co innego niż przedtem", żeby tak się stało. Żeby rozsupłać te wszystkie węzły potrzeba niekiedy długiej, żmudnej terapii. Dodatkowo sprawdza się tu zasada, że całość jest czymś więcej niż sumą części. Nawet, jeśli ktoś dojdzie do wewnętrznej równowagi, będzie znał swoje emocje, potrzeby i będzie wiedział czego chce, to nie wystarczy, żeby związek był udany - partner może mieć zupełnie inny pomysł na to, jak ma to wszystko wyglądać, może nie chcieć nic zmieniać, albo zmieniać się w zupełnie inną stronę. Dlatego właśnie miłość, choć może dawać niezwykle dużo radości i satysfakcji, nigdy nie będzie konstrukcją całkiem stabilną, dającą się przewidzieć i okiełznać.

sobota, 29 czerwca 2013

 Książka „Żyj wystarczająco dobrze” urzekła mnie swoim tytułem. Zgadza się on z moją wizją tego, czym jest psychoterapia i szerzej, czym powinno być w ogóle życie. Nawiązuje on do koncepcji „Wystarczająco Dobrej Matki” D.Winnicota. W skrócie - mówi ona o tym, że dziecko do prawidłowego rozwoju psychologicznego i emocjonalnego potrzebuje więzi z matką, która będzie go akceptowała i dawała mu poczucie bezpieczeństwa. Nie ma jednak szans na posiadanie „Idealnej Matki”, gdyż takie po prostu nie istnieją. Wszyscy popełniamy błędy, a także – przyznajmy – nie zawsze jesteśmy pełni nieograniczonej, bezwarunkowej akceptacji dla swoich dzieci i nie zawsze potrafimy zapewnić im bezpieczeństwo. Według Winnicota do prawidłowego rozwoju wystarczy więc posiadanie „Wystarczająco Dobrej Matki” - takiej, która wystarczająco często będzie okazywała miłość, akceptację, wystarczająco często będzie dawała poczucie bezpieczeństwa, będzie okazywała wystarczająco dużo zaangażowania swojemu dziecku.

 I tacy powinniśmy być też sami dla siebie. Nie oczekiwać idealnego życia, nie dążyć do doskonałości, bo kończy się to na ogół bujaniem w obłokach i nieustannym przeżywaniem frustracji. Wystarczy nam to, że będziemy dbali o siebie, interesowali się sobą, starali się zauważać swoje potrzeby i emocje. Tylko tyle i aż tyle.

 Książka jest zbiorem wywiadów ze znanymi i doświadczonymi psychoterapeutami, które ukazywały się jakiś czas temu na łamach „Wysokich Obcasów”. Część z nich można było również znaleźć np. na portalu gazeta.pl. Dotyczą różnych obszarów i tematów, jakimi zajmuje się psychoterapia. Czyta się to dobrze – czuć, że psychoterapeuci wiedzą o czym mówią, problemy, o których mówią, opisują w sposób czytelny i zrozumiały, ilustrują to przykładami, anegdotami. Brawa również dla autorów książki – Agnieszki Jucewicz i Grzegorza Sroczyńskiego. Pytania zadawane przez nich nie są sztampowe, starają się sięgać do sedna, nierzadko dzielą się też swoim osobistym doświadczeniem.

 Książka mi się podoba także dlatego, że wydaje się, że stawia sobie podobny cel co ten blog – upowszechnianie wiedzy o tym, co psychoterapia ma do powiedzenia o człowieku, a także wyjaśnianie, o co chodzi w psychoterapii i jak ona działa. Wywiady dotyczą tego, czym jest narcyzm, borderline, depresja, uzależnienia, pracoholizm, jakie mechanizmy rządzą relacjami, bliskimi związkami. I wreszcie – jak być szczęśliwym.

 To, co mi osobiście wydało się najbardziej interesujące, to fakt, że wywiady prowadzone są z psychoterapeutami z zupełnie różnych „bajek”. Efekt jest taki, że to, co przeczytamy w jednym wywiadzie, w kolejnym może być już opisane zupełnie inaczej, nawet sprzecznie.

 Najpierw mamy rozdział o pozytywnych emocjach – wywiad z prof. Ewą Trzebińską – z którego dowiadujemy się, że musimy wyćwiczyć w sobie nawyk dostrzegania pozytywnych zdarzeń w naszym życiu - „Po pierwsze, dostrzegać przyjemne sytuacje. Po drugie, samemu je stwarzać. Po trzecie, gromadzić je, a nawet wyolbrzymiać”. Dalej czytamy: „Są pacjenci, którzy od dziecka nie czerpią przyjemności z życia. „Moje życie jest bez sensu” - mówi mi 35-letnia kobieta. Ma rodzinę, wykształcenie, pracę. „Nic mi się nie udało” - twierdzi. Przecież to nieprawa! „ Czy zdała pani maturę?” - pytam. „Zdałam”. No to mamy pierwszy sukces. „Skończyła pani studia?”. „Skończyłam”. Po godzinie zgadzamy się obie, że zdanie „Nigdy nic mi się nie udało” to fałsz.”

 Kolejny rozdział – wywiad z Martą Lizis-Młodożeniec – dotyczy depresji. Czytamy w nim „Często próbujemy (…) rozweselić, zwrócić uwagę na dobre strony życia, pocieszać. Mówimy: „Jesteś przecież zdolny, to ci się udało i tamto”. „Przed tobą jeszcze tyle fajnych rzeczy do zrobienia”, „nie przejmuj się, jutro będzie lepiej” itd. – To pomaga? – Jeśli to depresja, a nie kilkudniowa chandra, to oczywiście nie. Na tym ta choroba polega. Człowiek z depresją myśli o sobie, o innych, o świecie w sposób bardzo negatywny. To, co nie wpisuje się w ten sposób myślenia, odrzuca jako coś nieistotnego, nieprawdziwego”

 Powyższy przykład pokazuje, jak skomplikowaną działką jest psychoterapia. Coś, co przez kogoś w jakichś okolicznościach jest uważane za prawdę i właściwy kierunek działania, w innych okolicznościach i przez kogo innego jest uznawane za niepotrzebne, nieprawdziwe, a nawet szkodliwe. Jest w książce jeszcze kilka takich kwiatków.

 Polecam Wam „Żyj wystarczająco dobrze” jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o psychoterapii i o tym, jak psychoterapeuci rozumieją ludzi i ich problemy. Jeśli np. uważacie, że mój blog jest ciekawy, jest duża szansa, że podobnie pomyślicie o tej książce. Nie polecam Wam jej w przypadku, gdy: 1) Jesteście stałymi czytelnikami „Wysokich Obcasów”, bo wtedy lekturę większości wywiadów macie już za sobą; 2) Jesteście doświadczonymi psychoterapeutami, bo wtedy podczas czytania może nie opuszczać Was myśl, że po prostu już to wszystko wiecie.

 

Agnieszka Jucewicz, Grzegorz Sroczyński

„Żyj wystarczająco dobrze”

Wydawca: Agora S.A. 2013



wtorek, 14 maja 2013

Tekst ten jest komentarzem do wywiadu z dr Tomaszem Witkowskim dla Tok.fm

 

Z zainteresowaniem przeczytałem wywiad z dr Tomaszem Witkowskim dotyczący Jego najnowszej książki „Zakazana Psychologia Tom II” oraz poglądów, jakie w niej prezentuje. Jako psychoterapeuta praktyk, dodatkowo wywodzący się z innej szkoły terapeutycznej niż poznawczo-behawioralna, którą dr Witkowski wyróżnia jako najlepiej przebadaną, chciałbym podzielić się swoim doświadczeniem i opinią.

Nie czytałem jeszcze omawianej w wywiadzie książki, jednak poglądy dr Witkowskiego są mi dobrze znane. Moja opinia będzie odnosić się przede wszystkim do treści wywiadu.

Uważam, że Tomasz Witkowski robi wspaniałą robotę, zwracając uwagę na wiele absurdów, nadużyć, przekrętów, pseudonaukowych teorii, które promowane są przy pomocy autorytetu „poważnej nauki” lub „profesjonalnej psychoterapii”. Z prawie wszystkimi tezami zawartymi w wywiadzie całkowicie się zgadzam i bardzo bym chciał, żeby były one jak najszerzej rozpowszechniane.

Wydaje mi się jednak, że na rozpowszechnianie zasługuje też druga strona „prawdy o psychoterapii” – jest to zawód, w którym pracuje bardzo wiele uczciwych, rzetelnych, dobrze merytorycznie przygotowanych do tego osób, a ci, którzy z psychoterapii u takich osób korzystają, otrzymują pomoc, po którą przychodzą i której potrzebują. I nie piszę tego, żeby umniejszyć wagę tego, o czym mówi dr Witkowski. Po prostu uważam, że przeginając w jedną stronę, kładąc zbyt duży nacisk na "ciemną stronę psychologii" można zrazić wielu ludzi do czegoś, co mogłoby być dla nich dobrym, pomocnym, leczącym doświadczeniem.

Mam odmienną niż dr Witkowski opinię o „wyjątkowości” psychoterapii poznawczo-behawioralnej, którą autor wyraźnie wyróżnia. Badania dotyczące skuteczności psychoterapii prowadzone są od wielu lat, biorą pod uwagę wiele różnych podejść terapeutycznych i wcale nie wskazują na jednoznaczną przewagę tego czy innego podejścia. A jeśli wskazują, to jest to według mnie efekt tego, że, jak sam autor zaznacza, podejście poznawczo-behawioralne jest dość proste i dobrze ustrukturalizowane, co ułatwia eksperymentalne, możliwie najbardziej rzetelne pod kątem metodologii naukowej, określenie tego, czy pod wpływem terapii zaszła przewidywana przez nas zmiana oraz co ją wywołało. Ta prostota, będąca potężną zaletą owego podejścia, jest jednocześnie jego największą wadą – w swojej praktyce terapeutycznej spotkałem wiele osób, które w terapii poznawczo-behawioralnej nie znajdywały tego, czego szukały, ponieważ czuły, że ich problem jest dużo bardziej złożony niż to, czym zajmował się terapeuta i nie da się go tak łatwo opisać i „naprawić”. Takie osoby czują się dużo lepiej np. w terapii psychodynamicznej, którą prowadzę.

Dla ścisłości dodam, że istnieje równie wiele osób, które po kilku sesjach terapii psychodynamicznej stwierdzają, że to nie dla nich (bo np. to co się dzieje na sesjach jest zbyt „rozmyte” i niekonkretne) i dopiero na terapii poznawczo-behawioralnej czują się dobrze i są w stanie z niej skorzystać.

Wniosek jest taki – teorie psychologiczne to tylko pewien język, sztuczna konstrukcja ułatwiająca nam opisywanie tego, co się dzieje z człowiekiem. Każdy psycholog, który traktuje ten język jak „prawdę objawioną” i czyni z niej, zamiast z kontaktu z prawdziwym człowiekiem, punkt odniesienia, ma zadatki, aby stać się szarlatanem. Jednym pasuje jeden język, innym drugi – zarówno, jeśli chodzi o pacjentów/klientów, jak i psychoterapeutów.

Co się kryje pod „skorupą” tego języka? Co w praktyce dzieje się na terapii? W tym właśnie miejscu można już zrezygnować z podziału na szkoły i teorie psychologiczne, bo jeśli uczciwie się przyjrzymy, w każdej rzetelnie prowadzonej psychoterapii zachodzi ten sam proces.

Ktoś, kto przychodzi na terapię, ma następujący problem – zachowuje się, myśli lub czuje inaczej, niż by chciał i nie wie, dlaczego. Innymi słowy wie, czego by chciał, ale z jakiegoś powodu nie prowadzi to do określonego efektu. Na przykład nie chciałby się bać, ale przeżywa lęk. Nie chciałby pogrążać się w smutku i marazmie, chciałby być aktywny i myśleć optymistycznie, ale się to nie dzieje. Nie chciałby powtarzać w nieskończoność rytualnych czynności, jednak nadal to robi. Nie chciałby się kłócić z żoną i denerwować na nią, ale nie jest w stanie zmienić swojego zachowania. Nie chciałby reagować w jakiś określony sposób w jakichś określonych sytuacjach, ale jest to „silniejsze od niego”.

Różne teorie różnie nazywają ten mechanizm, ale nieważne, czy powiemy, że działa tu nieświadomość czy nawykowe myśli automatyczne, chodzi o ten sam stan, znany nam wszystkim – coś robimy, myślimy, czujemy i nie wiemy, dlaczego, bo chcielibyśmy robić/myśleć/czuć inaczej.

Terapia naprawdę potrafi dużo zdziałać i wyraźnie poprawiać jakość życia. Ok, ale co właściwie działa? O tym też mówią wyniki przeróżnych badań. Przede wszystkim działa relacja z terapeutą jako człowiekiem, który uważnie słucha, stara się zrozumieć pacjenta/klienta oraz, co moim zdaniem jest szczególnie ważne, dzieli się swoim rozumieniem jego problemu. Jest ono niemal zawsze inne, niż dotychczasowy punkt widzenia pacjenta/klienta. Tu terapeucie przydają się różne teorie psychologiczne, żeby jego punkt widzenia był spójny, potrafił w czytelny sposób wyjaśnić jakiś kawałek rzeczywistości pacjenta/klienta i był dla niego inspirujący. I znowu – ci psychoterapeuci, którzy ślepo trzymają się teorii i próbują narzucić swój sposób myślenia pacjentom/klientom, są w moim poczuciu szarlatanami. Psychoterapeuta nie ma zastępować ludziom rozumu, dawać gotowych rozwiązań, bo nie jest Alfą i Omegą, nie zna tych rozwiązań, nie wie, co dla konkretnego człowieka jest dobre, sensowne, pożyteczne. To, co ludziom naprawdę pomaga w psychoterapii, to zmiana perspektywy, obejrzenie siebie z różnych stron, włączenie do myślenia o sobie i o świecie elementów dotąd pomijanych. Dzięki temu możliwe jest określenie, dlaczego robię to co robię, skąd się biorą i z czym się wiążą moje różne myśli i emocje. To sprawia, że ludzie zyskują większy wpływ na swoje życie.

Chciałbym zachęcić wszystkich do korzystania z psychoterapii, bo to naprawdę pomaga, a jednocześnie do krytycznego myślenia i wybierania tych terapeutów, którzy nie są szarlatanami. Jest ich naprawdę sporo.

czwartek, 02 sierpnia 2012

"Nie ma ludzi zdrowych, są tylko niedokładnie zdiagnozowani"

   Witam po dłuższej przerwie! Dzisiaj chciałbym, żebyśmy zmierzyli się z pytaniem, co to właściwie znaczy być zdrowym albo chorym psychicznie oraz dlaczego od terapeuty tak trudno dostać jednoznaczną diagnozę. Zaczniemy od tego drugiego zagadnienia.

  "Co mi jest?" "Na co jestem chory?" To pytania, które często zadajemy psychoterapeucie. Prawo do wiedzy o swojej chorobie jest bardzo ważnym prawem pacjenta. Mało tego, może wyraźnie poprawić efekty leczenia, czy szerzej - jakość życia. Ile razy denerwowaliście się na lekarzy, którzy zdawkowo traktowali takie pytania albo udzielali wymijających odpowiedzi? Słusznie. Macie prawo wiedzieć.

  W przypadku psychoterapii pojawia się jednak pewien problem - jest bardzo cienka granica pomiędzy wiedzą a zaszufladkowaniem. Psychoterapeuci uczą się, żeby stawiać w głowie diagnozy czy hipotezy, ale się do nich nie przywiązywać. Odpowiedzi psychoterapeuty na pytanie "na co jestem chory?" zwykle są mało konkretne. I być może Was zdziwię - wcale nie wynika to z niechęci do dzielenia się z Wami „Wiedzą Tajemną”. Prawda jest taka, że jeśli dokucza Wam lęk czy problemy w relacjach, to nikt nie opisze tego lepiej niż Wy sami. Terapeuta może mieć w głowie swoje hipotezy, przypuszczenia. Zresztą tak naprawdę o to chodzi w terapii, żeby się tymi hipotezami dzielić. To, co pacjenci często chcieliby usłyszeć, a terapeuci rzadko mówią, to diagnoza typu: "Cierpi Pani na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, lub narcystyczne zaburzenie osobowości." Dlaczego psychoterapeuci są niechętni stawianiu takich diagnoz? Bo są to tak naprawdę branżowe skróty myślowe, tyleż pomocne co zwodnicze. Dlatego jako psychoterapeuci, mimo, że z nich korzystamy, to staramy się do nich nie przywiązywać, bo zamiast otwierać zamykają rzeczywistość w wirtualnych szufladkach, powodując, że może umknąć to, co się dzieje naprawdę. Tak naprawdę nie dolega Wam to, że macie epizod depresyjny czy osobowość narcystyczną, tylko to, że w konkretnych sytuacjach czujecie się smutni, wyczerpani, bez energii, czujecie pustkę, kłócicie się z mężem czy z żoną. Wierzcie mi, naprawdę ludzie różnią się miedzy sobą i depresja od depresji może się bardzo różnić.

  Powstaje pytanie: Dlaczego nam tak zależy na poznaniu dokładnej diagnozy? Dlaczego nie wystarczy nam opis naszego problemu i potrzebujemy mu jeszcze "przybić etykietkę"? Tu dotykamy różnicy pomiędzy tzw. "modelem medycznym" (nazywam tak sposób myślenia o chorobach, który występuje w całej współczesnej medycynie) a psychoterapeutycznym.

  Diagnoza w medycynie oparta jest o dwie rzeczy: objawy oraz wyniki badań. Istnieje ogólnoeuropejski wykaz wszystkich chorób (ICD-10), którym przyporządkowane są określone kody składające się z liter i liczb, zawierający definicje chorób i ich odmian. To, co jest ważne dla nas, to to, że te definicje są opisowe.

  Takie rozwiązanie w medycynie sprawdza się świetnie i pozwala lekarzom z dużą dokładnością rozpoznawać choroby, a także - przede wszystkim - ordynować leczenie. Dzięki temu po wizycie u lekarza ten, po zebraniu od nas dokładnego wywiadu i ewentualnie zapoznaniu się z wynikami zleconych badań, wie na co jesteśmy chorzy i może nam powiedzieć, jak to się leczy. Pomijam przypadki, kiedy nie dzieje się tak jak w idealnym modelu i lekarz nie trafia z diagnozą lub leczeniem - to się oczywiście zdarza, ale naprawdę w większości przypadków dokładny wywiad i badania wystarczają. I pacjenci o tym wiedzą. Dlatego pytanie: "Panie doktorze, a na co ja właściwie jestem chory?" jest jak najbardziej na miejscu.

  Kiedy jednak spojrzymy na wykaz chorób i zaburzeń psychicznych, które rownież są ujęte w ICD-10, zaczynają się schody. Na początku jest tak samo - definicje zaburzeń rownież są opisowe, więc po zebraniu wywiadu można postawić diagnozę. Na przykład, jeśli stwierdzę u pacjenta dwa z trzech takich objawów, jak: obniżenie nastroju, utrata zainteresowań, mniejsza energia lub wytrzymałość na zmęczenie; oraz dwa lub więcej objawów takich jak: trudności w skupieniu uwagi, obniżenie samooceny, odczuwanie winy, czucie się bezwartościowym, pesymistyczne postrzeganie przyszłych wydarzeń, myśli bądź zachowania samobójcze lub zachowania autoagresywne, problemy ze snem, zmniejszenie apetytu, przy czym objawy te występują przez okres dłuższy niż dwa tygodnie, mogę zdiagnozować u niego depresję...

  Tylko, że w zasadzie niewiele nam to daje.


  Problem tkwi w naturze metody leczenia zaburzeń psychicznych, jaką jest psychoterapia. Kiedy ją zaczynamy nie wiemy, jak będzie przebiegała, ani do czego nas doprowadzi. Nie wiemy, co okaże się tym ukrytym, nieświadomym problemem, co z czym się wiąże i dlaczego, do jakich wniosków dojdziemy na koniec. Gdy już się tego dowiemy, terapia nie będzie już potrzebna. Można więc powiedzieć, że na koniec psychoterapii w pewnym sensie wiemy "co nam jest", chociaż zwykle odpowiedź jest dużo bardziej skomplikowana, niż opisowe definicje z ICD-10. A dlaczego tak jest? Wynika to z kolei z natury samych zaburzeń psychicznych, gdzie objawy są tylko "wierzchołkiem góry lodowej", a dużo ważniejsze od tego, co przeżywamy, jest to dlaczego tak się dzieje.

  Efekt? Dwie osoby z identycznymi objawami i tym samym z identyczną diagnozą ICD-10, bedą miały zupełnie inną terapię. Bo depresja/nerwica/zaburzenie osobowości/itp. każdej z nich powstało z zupełnie innej przyczyny i w wyniku zupełnie innych mechanizmów. I odwrotnie - dwie osoby z zupełnie inną diagnozą mogą rozwiązywać na terapii podobne problemy, bo mimo odmienności objawów źródło ich cierpień jest takie samo.


  A co to właściwie znaczy być zdrowym lub chorym psychicznie? Zdanie będące mottem dzisiejszego wpisu przypisuje się Freudowi. Nawet jeśli nie on był jego autorem, bardzo dobrze opisuje ono sposób patrzenia psychoterapeutów na kwestię zdrowia lub choroby. Trudno wytyczyć tu wyraźną granicę, bo każdy z nas jakoś sobie radzi ze swoimi lękami. Każdy z nas stosuje mechanizmy obronne i prawdopodobnie każdemu w niektórych sytuacjach one przeszkadzają, a w innych pomagają. Dlatego wiele prawdy jest w stwierdzeniu, że każdy jest w stanie skorzystać z psychoterapii, nawet jeśli nie jest „chory psychicznie”. Każdy jest w stanie lepiej zrozumieć siebie. Umowna różnica pomiędzy osobami, które mają wskazania do psychoterapii, a tymi, które mogą się bez niej spokojnie obejść, może być wyznaczona poczuciem radzenia sobie w życiu, czy też, znów cytując klasyka Freuda, przez zdolność do pracy i do miłości.

 

  We współczesnej medycynie nie występuje pojęcie „choroba psychiczna” lecz „zaburzenia psychiczne i zaburzenia zachowania”. W gruncie rzeczy jest to efekt kierunku myślenia zgodnego z tym, co napisałem w tym wpisie – problemy psychiczne nie są nazywane chorobą, bo są wynikiem tego, jak nasz umysł radzi sobie z rzeczywistością, a nie efektem jakiegoś wirusa, urazu czy mutacji genetycznej.

 

  "Nie ma ludzi zdrowych, są tylko niedokładnie zdiagnozowani". Psychoterapeuci, którzy przeszli własną mozolną i długą terapię, doświadczyli tego na własnej skórze.

 

PS. Być może tematem na oddzielny wpis powinna być neurochemia układu nerwowego. Wyniki badań właściwie już jednoznacznie potwierdzają, że niedobór serotoniny (substancji odpowiadającej za przewodzenie impulsów nerwowych w układzie nerwowym) łączy się w bezpośredni sposób z objawami depresji, a leczenie polegające na podawaniu leków pozwalających na zwiększenie poziomu serotoniny pozwala milionom ludzi na całym świecie – także moim pacjentom – na wyraźną ulgę i przywrócenie energii do życia. Jest to tylko jeden z wielu przykładów. Jednak wbrew pozorom, nie jest to argument na rzecz obalenia wszystkich powyższych tez, a raczej dowód na to, że ciało i umysł są ze sobą ściśle połączone i nie da się ich sztucznie rozdzielić. Warto zauważyć, że zależność pomiędzy nimi jest obustronna – na przykład czynnikiem ryzyka zawału serca jest specyficzny typ osobowości, którego cechą charakterystyczną jest tłumienie złości.



poniedziałek, 26 września 2011

  Każdy, kto choć kilka godzin spędzi w gabinecie psychoterapeutycznym, może mieć wrażenie, że o czymkolwiek by nie mówił, terapeuta na koniec i tak wszystko sprowadzi do emocji. Oczywiście jest to wielkie uproszczenie, ale emocje są w psychoterapii tematem numer jeden. Wielu pacjentom wydaje się, że terapeuci widzą tylko emocje, że jest ich na terapii wręcz za dużo. Nieproporcjonalnie dużo w stosunku do „normalnego” życia. Dlaczego tak jest? Bo w „normalnym” życiu jest ich za mało.

 

  Jest taka anegdota, odnosząca się do mężczyzn:

 

  „Ile facet przeżywa dziennie stanów emocjonalnych? Dwa – jeden to emocja, drugi to brak emocji.”

 

  Pomijając zupełnie akademickie rozważania na temat różnic płciowych i stereotypów, można powiedzieć, że ów „facet” jest w rzeczywistości dużo bardziej skomplikowany, niż się z pozoru wydaje. Dlaczego? Bo nie da się nie przeżywać emocji! To wrodzony, biologiczny, bardzo pierwotny mechanizm, towarzyszący nam od setek tysięcy lat. Emocje są dużo starsze niż ludzkość, niż cywilizacja, niż rozum. Kształtowały się w procesie ewolucji jako instynktowny mechanizm adaptacyjny – kiedy człowiek znajduje się w sytuacji, która mu nie odpowiada, odczuwa złość, co sprawia, że jego organizm zaczyna pracować na „wyższych obrotach”, rozpiera go energia do walki, ma więcej siły, motywacji (jeśli złość kojarzy Wam się z czymś zupełnie innym niż rozpierającą energią i motywacją, to znaczy, że powinniście czytać dalej). Kiedy czuje się zagrożony, odczuwa lęk, co umożliwia mu schowanie się, ucieczkę, szukanie schronienia. Uczucie przyjemności również służy zaspokojeniu pierwotnych instynktów – nie bez powodu odczuwamy przyjemność po dobrze wykonanej pracy, po odniesieniu sukcesu, po seksie. Bez przyjemności nie mielibyśmy motywacji.

 

  Można by tak długo wymieniać emocje, ale wróćmy do naszego „faceta” z anegdoty. Jak już napisałem, tylko z pozoru jest on mało skomplikowany – w rzeczywistości, żeby pozornie nie przeżywać emocji musi uruchomić on bardzo skomplikowaną machinę psychiczną, której działanie pochłania bardzo dużo energii. Machiny takie, jeśli są zbyt przerośnięte, lub jeśli są zmuszone do „przerabiania” zbyt dużych ilości emocji, mają tendencję do przegrzewania się. Wtedy właśnie trafiamy do psychoterapeuty z objawami np. nerwicy.

 

  Machiny te u wielu ludzi mają bardzo podobny cel – pozbywać się tych lub innych emocji ze świadomości. Mają jednak bardzo różne sposoby działania, dojścia do tego celu. Skoro już omówiliśmy „stereotypowego mężczyznę”, to zastanówmy się, jaką machinę ma w sobie „stereotypowa kobieta”? Z pozoru odwrotną – przeżywa bardzo dużo bardzo różnych uczuć, często skrajnych, okazuje je w sposób wyrazisty. Emocje pochłaniają ją aż do przesady, angażują ją bardziej niż cokolwiek innego. Cel jednak jest ten sam – machina tworząc „szum informacyjny” sprawia, że emocje, które pierwotnie są przeżywane, gdzieś się gubią. Nie można ich znaleźć, więc wydaje się, jakby ich nie było.

 

  Dodajmy, że w rzeczywistości tylko niewielka część mężczyzn i kobiet załapuje się do grupy tych „stereotypowych”. Sposobów działania „machin” spychających emocje do nieświadomości jest naprawdę dużo. W pewnym sensie, każdy z nas robi to nieco inaczej.

 

  Przykład z „facetem” jest ekstremalny, dotyczy bowiem „blokowania” wszystkich, bez wyjątku, przeżywanych emocji. W rzeczywistości tak też się zdarza, ale zazwyczaj poszczególne osoby mają zróżnicowaną „tolerancję” na różne emocje. Niektórzy na przykład bez problemu przyznają się do uczucia dumy, nie mogą jednak znieść lęku; inni będą bez problemu przeżywali smutek, jednak będą uciekać od miłości/zakochania. Tutaj też konfiguracji jest tyle co ludzi na świecie.

 

  Szczególne miejsce wśród „niechcianych” emocji zajmują dwie – złość i pożądanie. Bardzo wielu ludzi buduje swoje machiny obronne po to, żeby wygonić właśnie te uczucia. Bardzo często machiny te się tak rozrastają i pochłaniają tyle energii, że uniemożliwia to normalne funkcjonowanie i wymaga skorzystania z pomocy psychoterapeuty. Żeby wyjaśnić dlaczego akurat te emocje sprawiają najwięcej kłopotów, trzeba zadać sobie pytanie – po co właściwie mamy się bronić przed emocjami i jak powstają owe „machiny”?

 

  Dobrym przykładem będzie dialog, który usłyszałem kiedyś na korytarzu pewnej przychodni. Był wczesny grudzień. Małe, może dwuletnie dziecko, które przyszło do przychodni z babcią, płakało wniebogłosy. Dla babci (zresztą nie tylko dla niej) było to trudne do zniesienia. W reakcji na płacz powiedziała wnuczkowi: „Nie płacz, nie wolno płakać. Grzeczne dzieci nie płaczą. Jak będziesz płakał, to Mikołaj nie przyniesie ci prezentów”.

 

  Inny obrazek. Zajmowałem się kiedyś przez kilka godzin dzieckiem znajomych. Miałem wyjątkowo przykre zadanie, bo mały był chory i miał gorączkę. Nie mógł wychodzić na podwórko do piaskownicy ani na spacer, tylko musiał siedzieć w domu. Męczył go kaszel, ogólnie czuł się źle, dodatkowo z każdą godziną coraz bardziej tęsknił za mamą i tatą. Kiedy mama wreszcie wróciła, spytałem go, czy mnie lubi i czy chce, żebym kiedyś jeszcze przyszedł. Odpowiedział rozbrajająco szczerze: „Nie”. Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Jakoś to przełknąłem, choć pewnie gdyby nie szkolenie psychoterapeutyczne zrobiłbym coś, żeby pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia i uchronić się w przyszłości od podobnych emocji – spróbowałbym nauczyć dziecko nie mówić mi takich rzeczy. Na przykład powiedziałbym coś w stylu: „No wiesz co, nie wolno tak mówić! Przecież nie masz powodu, żebyś mnie nie lubił!” Podobnie na miejscu mamy tego dziecka, chcąc zadbać o możliwość oddania go również w przyszłości pod opiekę uczynnego kolegi, mógłbym mieć pokusę „spacyfikowania” jego emocji.

 

  Tu wracamy do poprzednich postów. Jak widać, oba powyższe przykłady dotyczą dzieci. Nie jest to przypadek. To przede wszystkim jako dzieci uczymy się budować i uruchamiać mechanizmy, mające nas „chronić” przed naszymi uczuciami. Widać też, w jaki sposób początkowo neutralne emocje stają się dla nas tak nieprzyjemne lub niebezpieczne, że czujemy, że musimy się ich pozbyć. Otóż najpierw są one nieprzyjemne dla kogoś, od kogo jesteśmy zależni lub od kogo czegoś potrzebujemy. Babci przeszkadzał hałas płaczącego dziecka i być może dyskomfort związany z tym, że nie jest w stanie zgadnąć, czego mu potrzeba. Mi było nieprzyjemnie, bo poczułem się niedoceniony za kilka godzin poświęcenia i zaangażowania i odrzucony przez kogoś, na kogo zdaniu mi zależało, mama nie chciała narażać na szwank relacji ze mną i możliwości ponownego poproszenia mnie o pomoc. Dziecko po prostu uczy się, jak „nie podpadać” dorosłemu, żeby uchronić się przed groźbą niespełnienia jego potrzeb. A kiedy jakieś emocje wywołują reakcje nagany, odrzucenia, potępienia, złości – dla dziecka lepiej i bardziej praktycznie jest się ich „pozbyć”

 

  Tymczasem – patrząc na to obiektywnie – emocje, jakiekolwiek by nie były, nie są same z siebie złe lub dobre. Po prostu je przeżywamy i nawet nie mamy wpływu na to, jakie, kiedy i w jakim stopniu się w nas pojawiają. To wrodzony, niezależny od nas mechanizm. To, na co możemy mieć wpływ (i co tym samym możemy oceniać jako dobre lub złe) to sposób, w jaki realizujemy te emocje. Ale możemy mieć ten wpływ tylko wtedy, jeśli przeżywamy je świadomie.

 

  Jak napisałem wcześniej, najwięcej „kłopotów” zdają się sprawiać emocje złości i pożądania. Są to uczucia wyjątkowo źle tolerowane przez otoczenie społeczne w naszej kulturze, a co za tym idzie, przez większość naszych mam, ojców, babć, dziadków, cioć i wujków. Pożądanie kojarzy się z grzechem, a więc czynem zakazanym i złym, często jest z tym czynem nawet utożsamiane (jest nawet stosowny cytat z Ewangelii dokonujący takiego zrównania emocji pożądania z działaniem - „Kto pożądliwie patrzy na kobietę w swoim sercu już dopuścił się z nią cudzołóstwa”). Trzeba przyznać, że na przestrzeni ostatnich stu lat wiele się zmieniło, jeśli chodzi o podejście do seksualności, więc seks i pożądanie nie są już tak częstym tematem w gabinetach psychoterapeutycznych, jak w czasach Freuda (niektórzy zresztą twierdzą, i trudno się z tym nie zgodzić, że teoria Freuda była jednym z fundamentów późniejszej rewolucji seksualnej). Pokolenie dzisiejszych 20-latków ma już, w swojej masie, bardzo liberalne podejście do kwestii seksu, obyczajowości i grzechu co, oprócz tego, że powoduje wiele nowych i nieznanych wcześniej problemów, skutkuje też tym, że nie potrzebują oni budować tak potężnych machin obronnych przeciwko emocji pożądania jak ich rodzice i dziadkowie (oczywiście zależy to od konkretnej sytuacji – wielu ta statystyczna prawda nie dotyczy). Emocja złości, wydaje się, nie zyskała jeszcze w naszej kulturze aż takiej aprobaty. Dlatego zdanie „Nie złość się!” jest dla nas codziennością, mimo że w istocie nie da się wykonać takiego polecenia, bo emocje... po prostu się pojawiają.



czwartek, 30 czerwca 2011

Powyższe zdanie parodiuje sposób myślenia psychoterapeutów, zwłaszcza tych, którzy odwołują się do teorii Freuda. Mówi się z ironią o tym, że psychoterapeuci upatrują we wczesnym dzieciństwie przyczyn absolutnie wszystkiego, co stanowi treść naszego życia – od wyboru partnera do wyboru zapachu wody po goleniu.

Ale przyjrzyjmy się temu bliżej. Tak naprawdę twierdzenie Freuda, że pierwsze lata życia są bardzo istotne dla kształtowania się przyszłego charakteru człowieka, jest dziś powszechnie przyjęte w naszej kulturze. I mało komu przychodzi do głowy, żeby je kwestionować.

Jest mnóstwo organizacji, które bronią prawa dzieci do szczęśliwego dzieciństwa, rozumianego jako możliwość wychowywania się w atmosferze miłości, akceptacji i troski. W krajach, w których dzieci pracują lub biorą udział w konfliktach zbrojnych, organizacje chroniące praw człowieka biją na alarm. U nas zakazane są kary cielesne dla dzieci, instytucje publiczne czuwają nad tym, czy rodzice w sposób właściwy wywiązują się ze swoich obowiązków.

Po co to wszystko? Większość z nas odpowie : Bo szczęśliwe dzieciństwo to kapitał, który procentuje przez całe życie.

Taka odpowiedź oznacza, że zgadzamy się z zasadniczą tezą Freuda na temat wpływu wczesnego dzieciństwa na nasze późniejsze życie. Nie myślimy o tym w ten sposób, bo teoria ta na dobre zadomowiła się w naszej kulturze. Sto lat temu myślelibyśmy inaczej. „Wychować dziecko” oznaczało wtedy sprawić, by było grzeczne, pomocne, nie hałasowało i nie sprawiało kłopotów. Oznaczało też wpojenie mu wartości i zasad, jakie uważane były za ważne. Nikt nie myślał wtedy o wychowaniu jako o spełnianiu dziecięcych potrzeb, zapewnianiu dzieciom miłości, troski, poczucia bezpieczeństwa. Nie było takiej potrzeby, bo nie wierzono w to, by mogło to mieć jakiś znaczący wpływ na ich dalsze życie.

Dziś już wiemy, że emocje, jakich doświadcza człowiek w dzieciństwie, mają zasadniczy wpływ na to, jak będzie sobie radził jako dorosły. Równie ważne jest to, czy będzie miał szansę spełnić w dzieciństwie swoje najbardziej pierwotne, wrodzone potrzeby – bezpieczeństwa, troski, akceptacji, miłości, opieki.

A jaki to ma związek z psychoterapią? Ktoś by powiedział, że wiedza ta jest przydatna głównie pedagogom oraz prowadzącym warsztaty rodzicielskie. I dodałby, że dzieciństwa nie da się cofnąć i przeżyć jeszcze raz, więc psychoterapia nic już nie pomoże. Częściowo miałby rację – dzieciństwa rzeczywiście nie da rady cofnąć ani anulować. Ale cofnijmy się do poprzedniego postu o nieświadomości. Wiemy już, że są w nas emocje i przekonania, których źródło nie jest nam znane i dopóki nie uda się nam go odnaleźć, nie zmienimy ich. Wiemy też, jak powstają – spychamy do nieświadomości to, co nas przeraża, wywołuje w nas poczucie zagrożenia.

A teraz wyobraźmy sobie, co przeżywa roczne dziecko. Jest się czego bać. Jest delikatne i kruche, a także zależne od dorosłych całkowicie we wszystkim – samo nie przeżyje, nie poradzi sobie, dorośli dają mu jeść, dorośli zmieniają mu pieluchy, ubierają, przenoszą z miejsca na miejsce. Poza tym dzieci nie mają raczej poczucia humoru ani nie rozumieją subtelnych emocji, zasad społecznych, konwenansów, itp. Wszystko biorą serio. Emocje dzieci są totalne, kiedy się boją, cały świat jest dla nich zagrożeniem, kiedy są złe, nienawidzą całego świata. Dzieci przeżywają też siebie jako „pępek świata” (złośliwi powiedzą, że niektórym zostaje to na dłużej ;)) i są przekonane, że jeśli dzieje się coś złego, nieprzyjemnego, to one są tego przyczyną. Jeśli rodzic jest zły, dziecko szuka winy w sobie. Czuje się zagrożone, ponieważ odbiera tą złość totalnie, jako całkowite odrzucenie. Zaczyna też szukać sposobu, jak sprawić, by rodzic nie był zły. To dla niego sprawa życia lub śmierci.

To wszystko powoduje, że to właśnie wczesne dzieciństwo jest okresem, w którym powstają nasze nieświadome mechanizmy obronne. Ale o ile wtedy chroniły nas one przed – z naszego punktu widzenia – śmiertelnym zagrożeniem, to teraz, kiedy jesteśmy dorośli, potrafilibyśmy sami w większości przypadków doskonale się przed nim obronić. Gdybyśmy tylko wiedzieli, co to za zagrożenie i przed czym się właściwie bronimy.

I tu jest właśnie miejsce na psychoterapię.

 

PS. Jako uzupełnienie postu „I znajdź tu dobrego psychoterapeutę” polecam krótki wywiad z Zofią Milską-Wrzosińską, który ukazał się w „Gazecie Wyborczej” - „Jak rozpoznać psychoterapeutę”. Znajdziecie go tu: http://wyborcza.pl/1,75478,8992626,Jak_rozpoznac_psychoterapeute.html

wtorek, 12 kwietnia 2011

Dlaczego w ogóle potrzebna jest psychoterapia? Dlaczego nie wystarczy powiedzieć osobie w depresji: „Weź się w garść”, a osobie, która odczuwa potrzebę nieustannego mycia rąk wytłumaczyć, że to co robi, nie ma logicznego sensu i jest dla niej szkodliwe?

Dlatego, że osoby te nie wiedzą, dlaczego tak się zachowują. Nie znają przyczyn i motywów swojego cierpienia.

Odkrycie, że nie jesteśmy świadomi wielu procesów, które zachodzą w naszej głowie – motywów, emocji, przekonań, lęków – jest fundamentam psychoterapii. Piszę „odkrycie” a nie „teoria”, gdyż istnienie nieświadomości właściwie nie podlega dziś dyskusji. Terapeuta poznawczy powie o myślach automatycznych (a więc takich, z których istnienia nie zdajemy sobie sprawy), humanistyczny o nie dopuszczaniu do siebie swoich potrzeb (czyli sprawianiu, że znajdują się one poza naszą świadomością), psychodynamiczny będzie mówił o wypartych do nieświadomości emocjach. Istnieją więc różne poglądy na to jak, dlaczego i w jakim zakresie nasze życie psychiczne toczy się nieświadomie, ale nikt nie kwestionuje tego, że tak jest.

Praca psychoterapeuty polega przede wszystkim na pomocy w „wydobywaniu” treści nieświadomych na powierzchnię. Jest to fascynujące zajęcie. Wymaga również pewnej wiedzy i wyćwiczenia, żeby wiedzieć, gdzie szukać i jak nie „wypłoszyć” nieświadomego, tylko „zachęcić” do ujawnienia się.

Jak się pewnie domyślacie, nieświadome myśli, emocje czy wspomnienia są zazwyczaj nieprzyjemne, przykre, smutne lub budzące lęk. Można więc zapytać nie bez kozery – Po co je sobie uświadamiać? Czy nie będzie nam gorzej, jeśli uświadomimy sobie, że jesteśmy wściekli na swojego partnera i zaczniemy się kłócić, chociaż do tej pory tworzyliśmy spokojny, zgodny związek? Czy nie lepiej nie pamiętać tego, że kiedy byliśmy dziećmi mama mówiła nam, że jesteśmy do niczego, i nie wracać do przykrych uczuć, które towarzyszą tym wspomnieniom?

Nie warto byłoby „grzebać” w nieświadomości, gdyby nie jeden szkopuł – To, że nie zdajemy sobie sprawy z jakichś emocji czy myśli, nie oznacza, że ich nie ma i że nie mają one na nas wpływu.

Skutkiem naszych nieświadomych przeżyć jest cała masa zachowań, których nie kontrolujemy, bo nie wiemy, dlaczego robimy to, co robimy.

Założeniem psychoterapii jest to, że znając motywy swoich zachowań, zyskujemy więcej kontroli nad swoim życiem. Możemy bez przeszkód realizować swoje potrzeby, dążenia, pielęgnować ważne dla nas relacje. Innymi słowy – stajemy się bardziej szczęśliwi.

czwartek, 17 marca 2011

Chciałem, żeby ten wpis różnił się od zestawień szkół psychoterapii, które można znaleźć w sieci i w „mądrych książkach”. Chodzi o to, że zestawienia te piszą na ogół psychoterapeuci, a ci zawsze są reprezentantami jednego z podejść psychoterapeutycznych. Tego nie unikniemy i tutaj (sam jestem przedstawicielem szkoły psychodynamicznej, mam też duży sentyment do podejścia egzystencjalnego). Chciałbym jednak uniknąć dyskusji nad tym, która szkoła terapeutyczna jest lepsza lub gorsza i dlaczego. Uważam, że takie rozważania są być może intelektualnie wciągające, ale wobec pacjentów – nieuczciwe.

Jakiś czas temu przeczytałem wywiad z psychoterapeutą Tomaszem Witkowskim . Wywiad bardzo cenny i ciekawy (rozmówca jest zresztą postacią o ciekawych, wyrazistych poglądach, porusza, moim zdaniem bardzo ważny, temat nadużyć i oszustw w psychoterapii) – p. Witkowski wskazuje w nim na zagrożenie nieprofesjonalizmem i szarlataństwem, jakie nam realnie grozi, gdy wybieramy psychoterapeutę. Dodatkowo zauważa, że nawet utytułowani psychoterapeuci mogą zrobić krzywdę pacjentom swoim pysznym i nieodpowiedzialnym podejściem do zawodu. Rozwiązanie, które proponuje p. Witkowski wydaje mi się jednak chybione – receptą na uniknięcie zagrożenia miałoby być korzystanie z terapii poznawczo-behawioralnej, która jest wg niego czystą techniką zmiany myślenia i zachowania i przez to chroni przed nadużyciami.

Z własnej psychoterapeutycznej praktyki znam wiele opowieści o terapeutach poznawczo-behawioralnych, którzy krzywdzili pacjentów przez swój lekceważący i wyższościowy stosunek do pacjenta, egotyzm lub brak umiejętności.

Zamiast więc oceniać, które podejście terapeutyczne jest lepsze lub gorsze, chciałbym skupić się na przedstawieniu tego, jak pracę w danym podejściu odbierają sami pacjenci – i to zarówno ci, którzy są zadowoleni, jak i ci, którzy z jakiegoś powodu dochodzą do wniosku, że „to nie dla nich”

Opiszę cztery grupy podejść – psychodynamiczne, psychoanalityczne, poznawczo-behawioralne i humanistyczno-egzystencjalne. Wybór ten jest subiektywny i wynika z moich własnych preferencji i ograniczeń w wiedzy i doświadczeniu. Być może ktoś inny złączyłby w jedną grupę podejścia psychodynamiczne i psychoanalityczne, a rozdzielił humanistyczne od egzystencjalnych i szkoły Gestalt, albo dodałby jeszcze inne szkoły, jak np. terapia zorientowana na proces.

 

PODEJŚCIE PSYCHODYNAMICZNE

Pierwsza z grup podejść terapeutycznych odwołujących się bezpośrednio do teorii Freuda i jego kontynuatorów. Istnieją podejścia psychodynamiczne bazujące na terapii długo- i krótkoterminowej. Kładą szczególny nacisk na nieświadome mechanizmy obronne, których przyczyną powstawania jest to, co się dzieje w świecie emocji i w bliskich relacjach. Bardzo istotna w tej terapii jest analiza relacji z samym terapeutą.

PLUSY

Pacjenci chwalą sobie „głębię” tego podejścia – mają poczucie, że bierze się pod uwagę ich złożoność i skomplikowane meandry ich myśli i emocji. Wielu osobom daje też poczucie, że lepiej rozumieją siebie, otrzymują odpowiedzi na wiele pytań (co oczywiście nie wyklucza, że pojawiają się wtedy następne pytania) dotyczących swoich emocji, motywacji, zachowań.

MINUSY

Inni pacjenci narzekają na „niekonkretność” takiej terapii, brak jasnych wskazówek, kiedy takowych potrzebują. Wielu zwraca też uwagę, że nie odpowiada im „patrzenie w przeszłość” terapii psychodynamicznej, woleliby, gdyby była ona skupiona bardziej na teraźniejszości i kształtowaniu swojej przyszłości.

 

PODEJŚCIE PSYCHOANALITYCZNE

W niektórych przypadkach nie jest nawet uznawane za terapię, lecz „analizę”. Pokazuje to, że większy nacisk kładzie się tu na zrozumienie nieświadomego, niż wyleczenie. Tak jak szkoła psychodynamiczna odwołuje się bezpośrednio do Freuda i jego kontynuatorów (nieco innej grupy kontynuatorów). Nie zawsze można wyznaczyć ostrą granicę między podejściem dynamicznym a analitycznym, ale zazwyczaj jest to możliwe. Duży nacisk kładzie się na neutralność terapeuty. Często sesje odbywają się kilka razy w tygodniu przez wiele lat.

PLUSY

Pacjenci chwalą sobie „głębię” tego podejścia oraz poczucie wolności i ulgi, jaką daje uświadomienie sobie swoich potrzeb, popędów i lęków. Efekt tego przeżywają jako „pogodzenie się ze sobą i ze światem”.

MINUSY

Oprócz „niekonkretności” pacjenci narzekają również na „sztuczność” sytuacji terapeutycznej i to, że terapeuta staracjąc się być neutralny, jest nienaturalny, niedostępny i „nieprawdziwy”. Nie bez znaczenia dla wielu pacjentów jest to, ile wysiłku związanego z czasem i finansami trzeba włożyć w taką terapię/analizę – często ciągnię się ona wiele lat, kilka razy w tygodniu. Uważają, że koszt nie jest warty wyniku.

 

PODEJŚCIE POZNAWCZO-BEHAWIORALNE

Podejście poznawczo-behawioralne koncentruje się na zmianie zachowań i myśli/przekonań. Wychodzi się z założenia, że kluczem do poprawy czy wyleczenia jest zmiana nawykowych, automatycznych przekonań, myśli i zachowań. Przy czym nie przykłada się istotnej wagi do przyczyn ich powstawania, skupiając się po prostu na zmianie.

PLUSY

Pacjentom podoba się w terapii poznawczo-behawioralnej to, że daje im ona konkretne rozwiązania i recepty, często w formie ćwiczeń, zaleceń, porad, zadań. Wiele osób woli zredukować swoje objawy przy pomocy ćwiczen, niż gdyby mieli się wgłębiać w swoje nieświadome emocje i wspomnienia z dzieciństwa.

MINUSY

Inni pacjenci na terapii poznawczo-behawioralnej czują, że nie zrozumiano głębi ich problemu i że jest on „spłycany”. Niektórzy czują się traktowani bardziej jak „przypadki”, a nie jak prawdziwi, niepowtarzalni ludzie. Skupienie się terapeutów poznawczo-behawioralnych na objawach przy pomijaniu przyczyn według niektórych pacjentów powoduje, że po oduczeniu jednego objawu pojawia się kolejny, bardziej ukryty i trudniejszy do leczenia, wywołany przez tą samą, nienaruszoną przyczynę.

 

PODEJŚCIE HUMANISTYCZNE i EGZYSTENCJALNE

Psychoterapia zawsze miała coś wspólnego z filozofią, ale podejściom humanistycznym i egzystencjalnym zdecydowanie do niej najbliżej. Odwołują się one do takich pojęć jak – z jednej strony – samorealizacja, pełnia życia, sens życia; a z drugiej – lęk przed śmiercią, przed samotnością, odpowiedzialnością. Terapeuta jest tu – w porównaniu do innych typów terapii – bardziej partnerem niż ekspertem.

PLUSY

Pacjenci chwalą sobie to, że na terapii humanistycznej i egzystencjalnej czują się rozumiani i akceptowani takimi, jakimi są – jest to dla nich nie tylko przyjemne, ale kojące i leczące doświadczenie. Często też mogą porozmawiać o tematach „egzystencjalnych”, o których normalnie nie rozmawiają – wydają się one odległe od codzienności, ale okazuje się, że jest wręcz przeciwnie. Pacjenci cenią sobie też swobodę i naturalność terapeutów.

MINUSY

Wielu pacjentom wydaje się, że przez to, że terapeuta jest w tym podejściu równorzędnym partnerem, nadaje się ono przede wszystkim dla ludzi zdrowych psychicznie, nie mających objawów depresji, nerwicy czy zaburzeń osobowości. Nie odpowiada im też rozmyta forma terapii i to, że czują, że to przede wszystkim na ich własnych barkach spoczywa odpowiedzialność za powodzenie terapii.

czwartek, 28 października 2010

Psychoterapeutę wybieramy zazwyczaj losowo, będąc kompletnie nieświadomi tego, na jakie kryteria powinno się zwracać uwagę, powierzając komuś swoje najgłębsze przeżycia, bóle i tajemnice. Choć jest to nieprawdopodobne i szokujące, w Polsce wciąż nie obowiązuje w pełni prawo, które określałoby, jakie kompetencje i wykształcenie musi mieć osoba, która nazywa siebie psychoterapeutą i świadczy tego typu usługi. To, że wiele osób tego nie wie i umawia się do pierwszego lepszego „psychoterapeuty”, może mieć potem trudne do naprawienia skutki zarówno dla pacjenta, jak i dla opinii o naszym środowisku. Żeby więc nie podejmować decyzji o wyborze psychoterapeuty na podstawie atrakcyjności i pozycjonowania jego strony internetowej, trzeba wiedzieć, kto jest w stanie udzielić nam profesjonalnej pomocy.

 

Okazuje się jednak, że to nie takie proste.

 

Tytuł naukowy. Pułapką, w którą można wpaść, jest kierowanie się dorobkiem naukowym psychoterapeuty. Powodem jest nasze podejście do innych specjalistów – zwłaszcza do lekarzy. Każdy wie, że jeśli nie pomoże zwykły lekarz, idzie się do profesora, płacąc za to nierzadko grube pieniądze. Zapamiętajcie jednak że, w przypadku psychoterapii, tytuł doktora czy profesora psychologii lub nauk medycznych nie ma absolutnie żadnego znaczenia! Ale to nie wszystko – to samo dotyczy tytułu magistra! Przekonanie, że trzeba być psychologiem lub psychiatrą, żeby być psychoterapeutą, jest mitem. Osobiście znam wielu magistrów filozofii, prawa, historii, językoznawstwa, polonistyki, i innych dziedzin nauki, którzy są cenionymi psychoterapeutami. Jak to możliwe? Otóż środowisko psychoterapeutów dorobiło się zupełnie odrębnego, niezależnego od tytułów państwowych, systemu szkolenia – zazwyczaj w formie studiów podyplomowych. Można na nie zdawać po ukończeniu studiów magisterskich, ale... niekoniecznie związanych z psychologią lub psychiatrią. Tajemnicą poliszynela jest to, że na wyżej wymienionych kierunkach zdobywa się zazwyczaj bardzo powierzchowną wiedzę na temat psychoterapii – nie daje ona wystarczających podstaw do prowadzenia terapii i można ją bardzo szybko nadgonić w trakcie studium podyplomowego.

 

Ukończone szkolenie. Psychoterapeuci w swoich życiorysach zawodowych lubią „chwalić się” różnymi szkoleniami, które ukończyli. Zazwyczaj mają one skomplikowane nazwy i brzmią bardzo poważnie. Ale pamiętajcie, że szkolenie szkoleniu nierówne. Po pierwsze, liczy się rzeczywista wartość merytoryczna, jaka kryje się pod, nic nam nie mówiącą, nazwą. Po drugie, istotna jest długość trwania. Bo to nie wszystko jedno, czy szkolenie było prowadzone pod kątem psychoanalizy, terapii poznawczej, ustawień hellingerowskich, czy była to prezentacja książki naukowej. Nie bez znaczenia też, czy „Kurs analizy egzystencjalnej w warunkach stresu pourazowego” (tytuł szkolenia wymyślam, wszelka zbieżność z prawdziwymi kursami jest przypadkowa) jest rocznym, poważnym kursem składającym się z 10 dwudniowych sesji prowadzonych przez znanych światowych specjalistów, czy jednodniowym warsztatem prowadzonym przez studenta ostatniego roku psychologii. Ogólna zasada jest taka, że lepszy jest psychoterapeuta, który ukończył jedno duże, poważne szkolenie (kilkuletnie, poparte autorytetem jakiejś poważnej organizacji), niż taki, którego CV wypełnione jest kilkudziesięcioma weekendowymi kursami. Ważne jest też to, jaki nurt psychoterapii reprezentuje dany terapeuta – ale o tym napiszę następnym razem.

 

Superwizja. Dobry psychoterapeuta jest jak piłkarz – nawet, kiedy jego umiejętności są wybitne, nie byłby skuteczny bez trenera i drużyny. Profesjonalny psychoterapeuta nigdy nie działa sam. Nawet jeśli byłby najlepszy na całym świecie, superwizowałby się u tych trochę gorszych. Superwizją nazywamy omawianie z innymi terapeutami (zazwyczaj z większym doświadczeniem, ale nie jest to żelazna reguła) swojej pracy – pacjentów, pojedynczych sesji, swoich wątpliwości, problemów, ślepych zaułków. Superwizja daje terapeucie potężne narządzie – możliwość spojrzenia na swoją pracę lub pacjenta z innego punktu widzenia. Odrzucenie tej możliwości jest bardzo niebezpieczne, bo może wpuścić zbyt pewnego siebie terapeutę w maliny, z których nikt go nie wyciągnie. Podobne przypadki zdarzały się w historii i były szkodliwe dla pacjentów. Wszystkich tych z Was, dla których ważna jest anonimowość i intymna atmosfera sesji, uspokajam, że superwizja nie wyklucza tajemnicy zawodowej – nie padają w niej nazwiska, często zmienia się szczegóły mogące wpłynąć na identyfikację osoby, a inny uczestnik superwizji zobowiązuje się nie wynosić nic z tego, co usłyszy, na zewnątrz. Zapamiętajcie – dobry terapeuta to superwizujący się terapeuta.

 

Certyfikat. Pewnie po lekturze powyższych akapitów nasuwa Wam się dość oczywiste pytanie: Czy nie może istnieć jakiś system, który przyznawałby psychoterapeutom papier, potwierdzający spełnienie wszystkich powyższych kryteriów? Byłoby to korzystne dla pacjentów, którzy mieliby pewność, że trafiają w profesjonalne ręce, bez konieczności szczegółowego rozeznawania się w meandrach polskiej psychoterapii. Mam zatem dla Was dwie wiadomości, dobrą i złą. Dobra jest taka, że taki system istnieje. Zła – że jest daleki od ideału.

 

Istnieje organizacja zrzeszająca psychologów – Polskie Towarzystwo Psychologiczne (www.ptp.org.pl). Przyznaje ona certyfikaty zarówno ośrodkom szkolącym w psychoterapii, jak i samym psychoterapeutom. Jeśli ośrodek ma rekomendację PTP, oznacza to, że osoba, która ukończyła tam (minimum 4-letnie) szkolenie, ma kwalifikacje niezbędne do prowadzenia psychoterapii. Obecnie (stan na maj 2010) na liście rekomendacji jest siedem ośrodków z Warszawy, Krakowa i Łodzi. Lista (łącznie z listą Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego) jest też kryterium zatrudniania psychoterapeutów do pracy w państwowej służbie zdrowia. Również osoby, które są w końcowym etapie szkoleń, mogą prowadzić psychoterapię pod superwizją. Podobną rolę spełnia lista certyfikowanych psychoterapeutów PTP. Żeby jednak zostać certyfikowanym psychoterapeutą, należy nieco dłużej popracować w zawodzie, pod superwizją, i przedstawić dodatkowe opisy przypadków.

 

Druga, równie licząca się organizacja, to Polskie Towarzystwo Psychiatryczne (www.psychiatria.org.pl) . Przyznaje certyfikaty ośrodkom szkolącym (17 pozycji na liście) i psychoterapeutom na podobnych zasadach. Uczestnictwo lub ukończenie szkolenia w ośrodkach atestowanych przez to towarzystwo również uprawnia do pracy jako psychoterapeuta w państwowej służbie zdrowia.

 

...Teraz zaczynają się schody. Być może jest to materiał na osobny artykuł, który można by zatytułować np. „O wadach i zaletach kształtowania się korporacji zawodowych na przykładzie środowiska psychologów” ;) Otóż, oprócz tych dwóch, wiodących towarzystw, istnieje rzesza organizacji, których nazwy często brzmią łudząco podobnie, a które zrzeszają ośrodki uprawiające wiele nurtów psychoterapii w całej Polsce. Czasem są to zamaskowane ośrodki czarnej magii, szamanizmu lub ezoteryki, których z pewnością nie polecałbym jako psychoterapii. Innym razem proponowana przez nie terapia jest po prostu na bardzo niskim poziomie. Czasem jednak ich jedyna wina, za którą zostały ukarane pozostawaniem poza głównym nurtem środowiska, polega na tym, że są np. mniejsze, później założone lub skupiają jakieś wąskie grono psychoterapeutów. Jasno chcę powiedzieć, że moim zdaniem to, że ośrodek nie ma rekomendacji lub atestu Polskiego Towarzystwa Psychologicznego lub Psychiatrycznego, nie oznacza, że jest gorszy lub nieprofesjonalny. Należy jednak wtedy być ostrożnym i bardzo dokładnie go sprawdzić, bo w tym samym szeregu co on zdarzają się szarlatani, którzy mogą nam zrobić krzywdę.

 

Coś jest nie tak”. Powiedzenie psychoterapeutów mówi, że jeśli pacjent zaczyna czuć niechęć do terapeuty po kilku miesiącach terapii, to znaczy że nieświadomie broni się przed zmianą i tym bardziej nie powinien on rezygnować. Jeśli jednak poczuje tą niechęć na pierwszym spotkaniu, to po prostu oznacza, że nie pasują do siebie. To powiedzenie nie zawsze się sprawdza (czasem mechanizmy obronne działają w nieświadomości od początku), ale fakt jest faktem – psychoterapeuta musi nam „przypasować”, żebyśmy chcieli z nim pracować. Zapamiętajcie, że wcale nie macie obowiązku zaczynać terapii z człowiekiem, który Wam działa na nerwy. I nie musicie szukać na siłę odpowiedzi, dlaczego. Podjęcie psychoterapii to poważna decyzja i ważne, żeby przynajmniej na początku mieć minimum komfortu przebywania z kimś, przy kim czujemy się w miarę dobrze.

 

Nadużycia. W ostatnich latach pojawiło się w mediach kilka skandali z udziałem psychoterapeutów, którzy wykorzystywali swoją pozycję zawodową i wiedzę do manipulacji i krzywdzenia swoich pacjentów. Zła wiadomość – bohaterowie najgłośniejszych skandali spełniali wszystkie wyżej wymienione kryteria i posiadali certyfikaty wyżej wymienionych towarzystw. Wniosek z tego, że nawet najlepsze certyfikaty nie zagwarantują nam, że terapia będzie prowadzona profesjonalnie. Rzeczywiście, technik terapii jest mnóstwo, potrafią być naprawdę niecodzienne. Jednak bez względu na wszystko, nikt nie ma prawa Was dotykać, stosować hipnozy, lub robić czegokolwiek z Waszymi dziećmi, jeśli wcześniej nie poinformuje Was dokładnie o tym, co będzie robił i dlaczego, i nie spyta Was o zgodę. W psychoterapii, zresztą nie tylko, nie wolno stosować manipulacji, ani przekraczać granic pacjenta.

 

W kolejnym wpisie opiszę w skrócie kilka głównych podejść w psychoterapii.

poniedziałek, 18 października 2010

Poniższa lista jest kontrowersyjna. Dlatego właśnie w tytule dodałem słowo „raczej”. Prawda jest taka, że można znaleźć psychoterapeutów, którzy podejmą się pracy z wszystkimi podanymi niżej problemami. Chętnie porozmawiają z nami o tym, jak okropny jest nasz mąż i zastanowią się, jak go zmienić; wyciągną z rękawa poradę na każdy temat i obiecają, że po jej zastosowaniu będziemy bardziej szczęśliwi. Pracą z osobami w psychozie zajmują się oczywiście również psycholodzy i psychoterapeuci, jednak jest to bardzo specjalistyczna praca. Największe kontrowersje dotyczą z pewnością umieszczenia na tej liście uzależnień. Wyjaśnię to poniżej.

 

Problemy, w których psychoterapia nam (raczej) nie pomoże:

 

Potrzeba otrzymania porady. Tak, dla wielu z Was będzie to niemiłe rozczarowanie, ale psychoterapeuta z zasady nie udziela porad. Wiele, naprawdę bardzo wiele osób przychodzi do terapeuty z prośbą o porady w przeróżnych sprawach. Jeśli spytacie się go, czy powinniście się rozstać z partnerem; czy zmienić pracę; na co wydać pieniądze ze spadku po babci; jak sprawić, żeby dzieci były grzeczne, terapeuta, zgodnie z prawdą, odpowie prawdopodobnie „nie wiem”. Wbrew powszechnemu przeświadczeniu, terapeuci nie są nieomylni, nie znają recepty na dobre rozwiązanie każdej sytuacji, nie znają też naszych partnerów, rodzin, sytuacji życiowych. Z drugiej strony jednak, prośba o poradę jest najczęstszym przykładem problemu nadającego się do przeformułowania - tak, żeby można było zająć się nim efektywnie na psychoterapii. Na przykład, jeśli pytacie terapeutę, czy powinniście rozstać się z partnerem, ciekawym i zasadnym pytaniem może być: „Na czym polegają Pani/Pana wątpliwości i dlaczego nie jest Pani/Pan w stanie sam/-a podjąć takiej decyzji?” Takie spojrzenie może otworzyć cały obszar problemów w relacjach z ludźmi, a zajęcie się nim może przynieść wyraźną poprawę jakości życia. Kiedy przychodzicie z pytaniem, jak sprawić, żeby dzieci były grzeczne, terapeuta może zaproponować: „Chętnie zaproszę Państwa wraz z dzieckiem, może je spytamy, dlaczego jest niegrzeczne, a Państwo powiedzą, co Wam przeszkadza w jego zachowaniu, i wspólnie zastanowicie się nad rozwiązaniem?”. Właściwie każdą prośbę o poradę da się przeformułować, ale nie zawsze propozycja terapeuty odpowiada oczekiwaniom osób, które przyszły po pomoc. Ludzie mają prawo, zamiast zastanawiać się nad nieświadomymi motywami swojego postępowania, po prostu chcieć dostać od kogoś poradę. U psychoterapeuty jej jednak nie dostaną.

 

Potrzeba zmiany męża/żony/matki/ojca/dziecka itp. Dzięki psychoterapii możemy spojrzeć w głąb siebie i lepiej zrozumieć siebie samych. Żeby terapia pomogła nam w jakimś problemie, musimy dopuszczać, że wynika on choć po części z naszej własnej psychiki. Jeśli jesteśmy pewni, że gdyby nie nasza żona, wujek lub przełożony w pracy, bylibyśmy idealnie szczęśliwi i nie mielibyśmy żadnych problemów – psychoterapia może okazać się mało użyteczna, bo wujka ani szefa nie ma z nami w gabinecie (a nawet, gdybyśmy go przyprowadzili, mógłby nie chcieć zmieniać się w kierunku, który mu wskażemy). Pozostaje jeszcze nadzieja, że psychoterapeuta spróbuje pomóc nam w znalezieniu naszej części odpowiedzialności za problem – czasem takie poszukiwanie może być samo w sobie wystarczająco terapeutyczne i przynieść widoczną zmianę w naszym życiu. Uwaga – nie dajcie się zwieść, że wszystkie Wasze problemy, całe Wasze życie zależy tylko od Was samych. To hasło sprawdzające się być może w samomotywowaniu, ale nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. To prawda, że w naszej kulturze mamy tendencję do pomniejszania własnej odpowiedzialności za nasz los i zrzucania jej na innych, ale nie można całkowicie zanegować istnienia czynników zewnętrznych. Często jest tak, że źródło problemu rzeczywiście w dużej mierze znajduje się poza nami, jednak odkrycie swojego w nim udziału i praca nad nim mogą okazać się bardzo owocne. Posłużę się standardowym psychologicznym przykładem. Kobieta doznająca przemocy ze strony męża rzeczywiście jest w trudnej sytuacji nie ze swojego powodu i zachowanie męża jest jej głównym problemem. Dodatkowym problemem są okoliczności zewnętrzne – kobieta ta zajmuje się dziećmi, więc nie ma pracy, własnych dochodów ani dobrego wykształcenia, co sprawia, że gdyby zdecydowała się odejść, znalazłaby się w ekstremalnie trudnej sytuacji materialnej. Na psychoterapii nie zmienimy ani jej męża, ani jej sytuacji bytowej – głównych źródeł problemów. Możemy się za to zająć, ogólnie mówiąc, jej głęboko zakorzenionym poczuciem bezradności (o ile takie ma – to zależy od konkretnego przypadku), które sprawia, że czuje się niezdolna do zadbania o własne dobro. Gdy kobieta ta zrozumie źródło swojego poczucia bezradności i uświadomi sobie, że jest wiele rzeczy, na które ma wpływ i realnie może je osiągnąć, być może odnajdzie siłę, by zmienić swoją sytuację życiową.

 

Psychoza. W przypadku terapii psychoz w pierwszej kolejności myślimy o leczeniu farmakologicznym. Psychoterapia służy – w ograniczonym stopniu – wspomaganiu leczenia psychoz. Zajmują się nią terapeuci wykwalifikowani w tej konkretnej dziedzinie. Zazwyczaj pracują oni w szpitalach, np. na oddziałach rehabilitacji psychiatrycznej lub psychiatrycznego leczenia domowego.

 

Zaburzenia organiczne/neurologiczne. Podobnie jak w przypadku psychoz – zaburzenia neurologiczne to w pierwszym rzędzie domena medycyny. Psychologowie zajmują się neurorehabilitacją, która jest specjalistyczną dziedziną, dość odległą od psychoterapii.

 

Uzależnienie. Umieszczenie na tej liście uzależnień może być kontrowersyjne – wszak terapia uzależnień to również psychoterapia. Jednak jest to dziedzina nieco odmienna niż „typowa” psychoterapia. Zazwyczaj uzależnienie powstaje podobnie jak inne problemy psychiczne i ma podobną naturę (tak jak napisałem w poprzednim wpisie, psychoterapia zajmuje się w dużej mierze tym, co robimy lub czujemy, chociaż nie wiemy dlaczego). Jest jednak wyjątkowo silne i trwałe (w przypadku alkoholu i innych substancji psychoaktywnych dużą rolę w sile uzależnienia odgrywają procesy chemiczne, jakie zachodzą w organizmie pod wpływem tych substancji). Doświadczenie mówi więc, że w przypadku uzależnień skuteczniejsze jest skupienie się najpierw na ćwiczeniu i uczeniu się abstynencji, a dopiero później zastanawianie się nad przyczynami choroby. I właśnie dlatego, jeśli pójdziecie do „zwyczajnego” terapeuty z problemem uzależnienia, prawdopodobnie najpierw skieruje Was do specjalistycznej poradni.

 

Jeśli na obu powyższych listach nie znaleźliście Waszego problemu, koniecznie napiszcie – starałem się, żeby były one możliwie obszerne, ale z pewnością nie są pełne. Jeśli więc nadal nie wiecie, czy Wasz problem nadaje się na terapię czy nie, z chęcią odpowiem. A za tydzień zapraszam na kurs szukania dobrego psychoterapeuty :)

 
1 , 2