Menu

Wiedza Tajemna

BLOG O PSYCHOTERAPII

DLACZEGO NIE JESTEŚMY SZCZĘŚLIWI I JAK SOBIE Z TYM RADZIĆ

huberthryc

 Na dobry, nowy początek zajmijmy się odpowiedzią na odwieczne pytanie ludzkości.

Co to jest "szczęście"? Jest to prawie tak trudne jak zdefiniowanie "miłości". Zasadniczo definiuje się je na dwa sposoby:

1. jako euforię, przyjemność;

2. jako spokój i spełnienie, zadowolenie z życia.

Ja jestem bliżej tej drugiej definicji. Ostatecznie wszystko sprowadza się do emocji - do tego przyjemnego "poczucia szczęścia", do momentu, w którym czujemy: "tak, czuję się szczęśliwy". To specyficzny stan, mieszanina spokoju ducha, przyjemności, poczucia sensu, spełnienia. Jak zobaczycie poniżej, takie zdefiniowanie szczęścia wcale nie jest jego redukowaniem. Wszystkie wielkie i wzniosłe rzeczy, które przychodzą nam do głowy, gdy myślimy o byciu szczęśliwym, wywołują na końcu właśnie tę emocję. To ona jest sygnałem, że "jesteśmy w domu".

Na pytanie "jak być szczęśliwym" nie ma prostej odpowiedzi. Na pewno nie ma jednej, wyczerpującej recepty na szczęście. "Pij 1,5 litra wody dziennie i będziesz szczęśliwy", albo "codziennie wstawaj o 7:00", albo "biegaj", albo "miej dużo pieniędzy, władzy i seksu". Wielu próbowało ją znaleźć, ale nie tędy droga. Są różne rzeczy, które sprawiają, że jest nam lepiej lub gorzej. Suma tych rzeczy tworzy szczęście, jego brak lub coś pomiędzy. Można to sobie wyobrazić jak grę planszową, karcianą, RPG albo teleturniej, w której zbieramy punkty szczęścia - dodatnie i ujemne.

Skąd wziąć te punkty? Dlaczego nie jesteśmy szczęśliwi?

Ważnym elementem tego, żeby czuć się dobrze, jest świadomość i przepływ emocji.

Emocje to reakcja organizmu na to, co dzieje się na zewnątrz nas (albo, żeby bardziej skomplikować - raczej na to, co się dzieje w nas w reakcji na to, co na zewnątrz). Smutek po stracie. Złość, kiedy nam coś nie pasuje i chcielibyśmy, żeby było inaczej. Przywiązanie, jeśli chcemy z kimś spędzać czas. Itp. I teraz uwaga - na to, jakie przeżywamy emocje, nie mamy ostatecznie wpływu! Nie można mówić: "nie złość się", albo "nie bój się". Nie da się tak na zawołanie! Próba tłumienia swoich emocji powoduje, że jesteśmy nieszczęśliwi! Dostajemy wtedy ujemne punkty szczęścia. Przepływ daje nam punkty dodatnie.


Schemat przepływu emocji:

1. coś się dzieje

2. emocja

3. świadomość i akceptacja tych dwóch rzeczy

4. wymyślenie tego, jak spełnić potrzebę (biorąc pod uwagę różne, czasem sprzeczne, potrzeby i emocje)

5. działanie

6. 100 punktów do szczęścia

 
Brak przepływu : 

1. coś się dzieje

2. emocja

3. udajemy, że jej nie ma, wypieramy lub próbujemy się zmusić do jej nie przeżywania lub przeżywania innej lub udajemy, że nic się nie dzieje

4. brak zaspokojenia potrzeby i brak przepływu emocji, czyli "kiszenie się z nią"

5. minus 100 punktów do szczęścia

 
Emocje mówią nam o tym, czego potrzebujemy. Nie my im mówimy, tylko one nam! Nie wymyślimy sobie tego, czego potrzebujemy - my to czujemy. Możemy być tego świadomi, być świadomi dlaczego tak jest i wymyślić dopiero, jak spełnić tą potrzebę. Jak często próbujemy robić odwrotnie! Próbujemy narzucać sobie, że będziemy coś czuć, czegoś potrzebować. Jeśli ignorujemy swoje emocje rozmijamy się wtedy zupełnie z samymi sobą i jesteśmy nieszczęśliwi (znów dostajemy złe, ujemne punkty szczęścia).

Świat własnych potrzeb wcale nie jest łatwy do odkrycia. Zazwyczaj ukryte są one za murem oczekiwań innych osób, poczuciem powinności, poczuciem, że coś trzeba, albo czegoś nie można. Często też ukryte są za fałszywymi, często nieświadomymi, skojarzeniami. Na przykład ktoś może być przekonany, że jego potrzebą jest osiąganie sukcesów i pnięcie się w górę po szczeblach kariery. Robi to, nawet nieźle mu idzie, ale zamiast szczęścia odczuwa frustrację i zmęczenie. Kiedy przyjrzy się temu bliżej, okaże się, że jego potrzebą jest tak naprawdę akceptacja ze strony innych. Coś, czego nie dostaje wzamian za osiągnięcia. I jest nieszczęśliwy.

Często trudno nam zaakceptować nasze potrzeby. Gdzieś w głebi duszy czujemy, że chcemy mieć dom na wsi i hodować owce, ale jakaś część nas nie jest w stanie tego uznać, broni się przed tą potrzebą i dewaluuję ją, jak tylko może. Ale to nie daje nam szczęścia.

Potrzeby dotyczą nie tylko wielkich, życiowych tematów. Są też drobne codzienne potrzeby, równie warte naszej uwagi. Z różnych powodów często stawiamy je na ostatnim miejscu, po potrzebach naszych bliskich, wyobrażonych powinnościach i obowiązkach itp. Niesłusznie. Nasze małe dziecko jest dla nas bardzo ważne i chcemy dla niego jak najlepiej - ale czy naprawdę musimy sobie za każdym razem odmawiać chwili dla siebie, żeby z nim pobyć? Nawet jeśli jesteśmy już zmęczeni, a nasz partner/partnerka/ojciec/mama/przyjaciel proponuje, że tego wieczoru chętnie nas wyręczy? Jasne, czasem nie da się inaczej i trzeba zadbać o innych zamiast o siebie. Ale często się da. Jeśli jesteśmy świadomi swoich potrzeb, będziemy szukać okazji, żeby je spełnić. Jeśli nie, stoczymy się w dół frustracji i zmęczenia, zbierając kolejne ujemne punkty szczęścia.

Jeszcze jedno - bardzo często nasze potrzeby są sprzeczne. Chcemy mieć jednocześnie dużo wolnego czasu dla przyjaciół i nie stresować się pracą, a z drugiej strony mieć dużo pieniędzy i prestiż wynikający z dobrego, wysokiego stanowiska. Albo, prościej, chce nam się jednocześnie wieczorem pobawić z przyjaciółmi i wyspać się (życzę Wam właśnie takich życiowych dylematów!). Nie da się. Często nie da sie tego pogodzić i będziemy nieuchronnie frustrować nasze potrzeby, spełniając inne. Kluczem jest świadomość i wytrzymywanie w napięciu wynikającym z tych sprzeczności. Wtedy możemy wybrać to, czego naprawdę w danej chwili najbardziej chcemy.

Szczególnie nielubianą i odrzucaną emocją jest złość.

Duża część osób, które trafiają do psychoterapeutów z depresją, zmaga się z nią z powodu wypierania i tłumienia złości. Dla wielu osób jest to prawdziwym zaskoczeniem. Związek między depresją a złością jest jednak bardzo silny.

Złość nie ma najlepszej sławy. Nawet jej nazwa sugeruje, że jest to "zła" emocja. Tymczasem jest to jedna z najbardziej pozytywnych i potrzebnych emocji w naszym życiu. Złość jest reakcją organizmu na to, że coś nam nie pasuje i chcielibyśmy inaczej. Polega na mobilizowaniu organizmu do aktywności - zwiększa tętno, przyspiesza bicie serca, wyostrza zmysły, powoduje większe napięcie mięśni. Ma to swoją funkcję - daje nam energię, motywację do tego, żeby działać. Złość jest siłą, energią do działania, do bycia skutecznym, do tworzenia. 

Tymczasem bardzo wiele osób stara się jej w ogóle nie odczuwać. Jako dzieci słyszały "nie złość się", uważają złość za coś, co niszczy, przeszkadza, jest niebezpieczne.

A więc - podcinają sobie skrzydła.

Odcinając się od złości, odcinamy się od siły, poczucia wpływu, motywacji do zmian, od witalności. Zostajemy w bezruchu, marazmie i poczuciu braku wpływu. Żeby tego było mało, nie da się tak całkiem "usunąć" złości. Można co najwyżej "udawać" przed samym sobą, że jej się nie odczuwa. Ona zostaje w nas w postaci powolnej trucizny. Powoduje napięcie, frustrację, depresję i ujemne punkty szczęścia.

Złość jest fajna. Kochajmy złość!

Lęk jest kolejną nieprzyjemną, ale bardzo przydatną emocją. Daje on sygnał i motywację do ucieczki. Jego przydatność polega na szybkim kojarzeniu bodźca z reakcją. Jeśli nasi przodkowie widzieli tygrysa szablozębnego, nie musieli analizować sytuacji, żeby dojść do wniosku, że trzeba się schować lub uciekać. Po prostu tygrys budził w nich lęk, wiedzieli, że tygrys równa się niebezpieczeństwo. Od razu działali lub np. nieruchomieli. Nie zbliżali się. Uczyli się tego już jako dzieci. Ratowało im to życie.

Dziś działa to podobnie. Co prawda tygrysy szablozębne wyginęły, ale mechanizm lęku się nie zmienił. Uczymy się, że coś jest niebezpieczne i wtedy lęk nas powstrzymuje, zawraca, paraliżuje. Widać to bardzo dobrze np. kiedy po wypadku samochodowym chcemy znów wsiąść do samochodu. Mimo, że do tej pory nie mieliśmy z tym żadnych problemów, tym razem odczuwamy silny lęk. Na ogół jest on do przezwyciężenia, ale często jeszcze długo potem siedząc w samochodzie lub zbliżając się do niego gdzieś z tyłu głowy będziemy odczuwać niepokój.

Jak wcześniej pisałem, często jako dzieci uczymy się różnych "prawd o świecie", schematów, które potem mogą nam bardziej przeszkadzać niż pomagać. Najgorzej jest własnie z lękiem. Z samej jego istoty wynika, że jest to silna, bezwarunkowa, wyuczona reakcja. W swoim młodym życiu możemy nauczyć się bać właściwie wszystkiego. I to nie tylko wysokości, myszy, psów czy ciemnych pomieszczeń, ale także swoich emocji, zależności od innych, bliskości, braku kontroli nad otoczeniem, odpowiedzialności, oceny innych, konfliktów itp.

Lęk jest na poziomie fizjologicznym silną reakcją gałęzi współczulnej naszego ośrodkowego układu nerwowego. Mobilizuje mięśnie do zwiększonego napięcia, krew do szybszego krążenia, serce do szybszego bicia, płuca do szybszego oddechu, wyostrza zmysły, przyśpiesza trawienie poprzez zwiększenie wydzielania soków trawiennych w żołądku. Coś, co rzeczywiście jest przydatne przy uciekaniu od tygrysa szablozębnego. Gdy już się przed nim ukryjemy, nasz stan powoli wraca do normy i nadmiernie eksploatowany organizm zaczyna się regenerować.

Problem powstaje wtedy, kiedy zamiast tygrysa jako źródło lęku wstawimy np. brak kontroli nad otoczeniem. Lęk mobilizuje nas do utrzymywania ciągłej kontroli, ale w praktyce jest to niemożliwe. Więc jesteśmy w ciągłym napięciu, niepokoju, nie śpimy, mamy spłycony oddech, wali nam serce, boli brzuch. Albo kiedy boimy się bliskości, jednocześnie (tak, jak każdy człowiek!) bardzo jej pragnąc. Z jednej strony dążymy do tego, by być z kimś blisko, z drugiej by od tego uciec. Huśtawka bez trzymanki. I - do momentu wyrwania się z tego zaklętego kręgu - bez wyjścia.

Wszyscy znamy przysłowie, że pieniądze szczęścia nie dają, a jednak większość z nas czuje, że mają one jakiś z nim związek. Dzieje się tak dlatego, że brak pieniędzy powoduje w nas lęk przed brakiem bezpieczeństwa. Zadbanie o napełnienie portfela do poziomu zapewniającego nam możliwość utrzymania się, przeżycia, rozwoju i względnej "normalności" jak najbardziej sprzyja więc byciu szczęśliwym.

Człowiek nigdy nie czuje się szczęśliwy, dopóki czuje lęk. Najpierw szukamy uspokojenia lęku, dopiero potem możemy czuć się dobrze. Jeśli uspokojenie nie przychodzi, choć byśmy nie wiem jak się starali, nie będziemy szczęśliwi.

Jak już wiecie z tego wpisu, zarówno lęk, jak i złość mogą być nieświadome. Innymi słowy nie zawsze jest tak, że kiedy nam się wydaje, że się nie boimy, to się rzeczywiście nie boimy. Jeśli czujemy napięcie, to znaczy, że choćbyśmy nie wiem jak się przed tym bronili, gdzieś pod spodem mamy w sobie lęk.

Kolejną emocją, która przeszkadza nam być szczęśliwymi, jest smutek. Smutek bierze się ze straty - odczuwamy go, kiedy tracimy coś, co było dla nas ważne. Smutek idzie w parze z bezradnością - gdyby jej nie było, wtedy czulibyśmy złość, która mobilizowałaby nas do zmiany. Smutek czujemy wtedy, kiedy ta zmiana - przynajmniej według nas - nie jest możliwa.

Największym źródłem smutku jest śmierć bliskich osób. Jest to najbardziej stresujące wydarzenie w życiu człowieka, łączące się zwykle z ogromnym psychicznym cierpieniem. Jednocześnie każdy z nas je przeżył, albo kiedyś przeżyje. Być może znacie to uczucie bezsensu i pustki, jakby ktoś nam wyrwał kawał nas samych i nie dał nic w zamian

Oczywiście nie jest to stan, który sprzyja poczuciu szczęścia. Dodatkowo - w odróżnieniu od poprzednio opisywanych złości i lęku - nie mamy żadnego wpływu na sytuację, która go spowodowała.

Czy w sytuacji straty, żałoby możemy coś zrobić, żeby poczuć się lepiej? Bardzo często próbujemy. To naturalne, że chcemy, żeby ten stan minął jak najszybciej, żebyśmy już nie czuli tych wszystkich strasznych rzeczy. Próbujemy "wziąć się w garść", zmusić do tego, żeby nie czuć smutku, na siłę o nim zapomnieć, wyrzucić z głowy lub przynajmniej udawać, że go nie ma. Niestety, nie tędy droga. Jak zwykle - smutek i pustka zostają w nas, tyle że w nieświadomości. "Schowanie" tych emocji wcale nie sprawia, że stajemy się szczęśliwsi.

Gdy jesteśmy smutni po stracie, możemy zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze, pozwolić sobie na przeżywanie tej emocji. To boli, ale będzie bolało krócej, jeśli się odważymy poczuć ten ból. Po drugie, potrzebny jest czas. Reakcja po stracie bliskiej osoby ma swoją dynamikę i potrzeba czasu, żeby rana się zagoiła. Z czasem boli coraz mniej, ale gojenie się może trwać nawet wiele lat. To normalne. Po trzecie, możemy zadbać o swoje szczęście na innych frontach.

...Na przykład uprawiając sport. Jeśli chcecie mieć dużo dodatnich punktów szczęścia, potrzebna jest Wam aktywność fizyczna. Związane jest to z tym, że nasze dobre samopoczucie - czy to euforia, czy to przyjemność, czy to spokój, zależy od składu chemicznego naszego układu nerwowego, a ten w dużej mierze można zmieniać za pomocą aktywności fizycznej. Sport powoduje też zwykle rozluźnienie mięśni, co z kolei zmniejsza lęk. Każdy, kto regularnie ćwiczy potwierdzi, jak wielki ma to wpływ na poczucie szczęścia.

W ogóle poziom różnych substancji w naszym układzie nerwowym ostatecznie decyduje o tym, jak się czujemy. W byciu szczęśliwym pomagają nam endorfiny, serotonina, dopamina, oksytocyna. Na przykład lęk zmniejsza poziom niektórych z tych substancji i odwrotnie, ich niski poziom zwiększa lęk. Sport zwiększa poziom dopaminy, a przytulanie zwiększa poziom oksytocyny. Czasem jeśli jesteśmy nieszczęśliwi, to warto zgłosić się do psychiatry. Serio. Przepisze wam pigułki, które na przykład wpłyną na poziom serotoniny, i będziecie mieli kilka punktów szczęścia więcej. Wielu ludzi uważa to za złe "faszerowanie się chemią", jednak znam zbyt dużo osób, które dzięki antydepresantom mogły wydobyć się z czarnej dziury nieszczęścia, żeby podpisać się pod takim myśleniem.

Pozostając w temacie "substancje chemiczne a szczęście", trzeba wspomnieć też o alkoholu i innych środkach zmieniających świadomość. Zasadniczo jest to temat na oddzielny wpis, ale najprościej mówiąc - w długim terminie zmniejszają one w naszym organiźmie poziom substancji dających nam szczęście. Alkohol udepresyjnia i czyni nas nieszczęśliwymi, choćbyśmy nie wiem, jak chcieli, żeby było inaczej.

Kolejną rzeczą, która daje nam punkty szczęścia, są bliskie relacje. Samotność powoduje, że jesteśmy nieszczęśliwi. A więc - "Łączmy się w pary, kochajmy się"! Ludzie rodzą się z wrodzoną potrzebą bliskości. Bliskość innych ludzi to jest to, czego każdy pragnie i potrzebuje. Wielu z nas boi się bliskości, bo na skutek różnych doświadczeń z ludźmi kojarzą ją z możliwością zranienia. Innymi słowy, bliskość staje się dla nich tym złym tygrysem, który budzi lęk. I jasne, rozumiem. Można się bać, że jak zaangażujesz się w związek z tym gościem, to stracisz 2 lata życia, a potem on Cię zostawi dla młodszej, a w Tobie zostanie bolesna pustka. I będzie strasznie bolało. Strrrasznie. Ok, to możliwe. Ale może jednak warto zaryzykować? Brak bliskich osób i niemożność przytulenia się do kogoś, uzyskania wsparcia, pobycia z kimś, zaufania to naprawdę dużo ujemnych punktów szczęścia. Samotność boli.

Są oczywiście toksyczne relacje i związki, które z bliskością nie mają wiele wspólnego i one też unieszczęśliwiają, ale spoko - jak będzie przepływ emocji, to nie będziecie wchodzić w takie związki na długo, bo będziecie wkurzeni. I nie będziecie tłumić tej złości. I zrobicie coś, żeby zmienić to, co wam nie pasuje.

I na koniec - Sens życia.

Tak - oprócz tego, że przeczytaliście właśnie, jak być szczęśliwym, to teraz wyjawię Wam, jaki jest sens życia. Na początek, dla porządku - gdy nasze życie ma sens dostajemy baaardzo dużo punktów szczęścia, a gdy go nie ma, tracimy ich równie dużo.

Wyżej pisałem o tym, że ludzie próbują narzucić sobie emocje, zamiast je odkrywać. A emocji nie można sobie narzucić, nie można ich sobie zaprojektować - one po prostu są i od tego, czy je odkryjemy, zależy to, czy będziemy szczęśliwi.

Otóż, z sensem życia jest dokładnie odwrotnie.

Ludzie czują, że go nie mają i go potrzebują i próbują ODKRYĆ, jaki jest PRAWDZIWY sens życia. Nie mogą go znaleźć. Tymczasem sens jest czymś, co możemy wymyślić, zaprojektować i NADAĆ życiu sens. Nie powiem Wam JAKI on ma być. Życie ma sens tylko wtedy, kiedy to MY GO MU NADAMY. I każdy sens będzie dobry, jeśli to będzie sens nadany przez nas. Nikt nam nie może go narzucić, bo wtedy nie będzie punktów szczęścia. Dostajemy je tylko za to, co sami wymyślimy, co jest dla nas wartościowe, co dla nas jest tym sensem.

To by było na tyle, jeśli chodzi o szczęście.

Jeśli czytając myśleliście: "Brzmi dobrze, ale może się nie udać, bo to wszystko nie jest takie proste", to prawdopodobnie macie rację. I to jest właśnie moment, w którym warto zainteresować się psychoterapią. Psychoterapia jest po to, żeby przedzierać się przez gąszcz blokad które sprawiają, że mimo iż wiemy, co nam daje szczęście, to po nie nie sięgamy. Te blokady nie pozwalają nam zobaczyć naszego lęku, poczuć i zaakceptować swoich emocji, przyjrzeć się, co utrudnia nam zbliżanie się do ludzi, zrozumieć dlaczego czasem chcemy jednego a robimy drugie.

Zapraszam do komentowania, również na facebooku

Do zobaczenia za trzy tygodnie!

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Karina Szczęsna] *.icpnet.pl

    Ostatnio przeczytałam świetną książkę, która zdaje się w tym temacie: Paul Watzlawik " Jak być nieszczęśliwym." tytuł przewrotny,

  • Gość: [Mariczka] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Wszystko przecież zależy od tego co mamy w głowie. Czasami wystarczy zmiana podejścia czy też myślenia. Niewiele trzeba by być znów szczęśliwym, tak przynajmniej uważam.
    ______
    proderma-clinique.pl/mezoterapia-iglowa-twarzy

© Wiedza Tajemna
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci